Przepraszam Was. Nie wiem co stanie się z tym blogiem.. Jestem chora, od kilku dni mam 40 stopni gorączki, nie czuję się na siłach by cokolwiek napisać. Być może jutro wybiorę się szpitala na badania, bo nie jest to normalne.
Moje czytelniczki, bo to do Was się zwracam. Proszę o odrobinę wyrozumienia. Nie porzucam bloga, co to, to nie. Przedłużam tylko termin dodania nowego rozdziału. Uwierzcie, że piszę tą historię z ogromnym zapałem i przyjemnością, jednak obecna sytuacja nie pozwala mi na to.
Zrozumiałaś? Cieszę się bardzo. Jeśli nie, to od razu usuń mnie ze swoich obserwowanych.
Sama doskonale wiem, że nie dodaję rozdziałów często, powiem szczerze - mam wiele innych obowiązków, z których chcąc nie chcąc trzeba się wywiązać. Ale pisanie tego bloga to jedna z niewielu rzeczy, jakie uwielbiam robić. Uwielbiam pisać, czytać wasze komentarze. Każde słowo znaczy dla mnie tyle, co wszystko, mówię poważnie!
Ah, nie będę marnować Waszego cennego czasu nad użalaniem się, jednak proszę o zrozumienie, wrócę tu jak tylko wyzdrowieję. Być może w głowie narodzi się pomysł na dalsze losy Rosalie&Justina. Życzcie mi zdrowia, bo przyznam, jest mi ono bardzo potrzebne.
Trzymajcie się gołąbeczki moje kochane, kocham Was ♥
Moje czytelniczki, bo to do Was się zwracam. Proszę o odrobinę wyrozumienia. Nie porzucam bloga, co to, to nie. Przedłużam tylko termin dodania nowego rozdziału. Uwierzcie, że piszę tą historię z ogromnym zapałem i przyjemnością, jednak obecna sytuacja nie pozwala mi na to.
Zrozumiałaś? Cieszę się bardzo. Jeśli nie, to od razu usuń mnie ze swoich obserwowanych.
Sama doskonale wiem, że nie dodaję rozdziałów często, powiem szczerze - mam wiele innych obowiązków, z których chcąc nie chcąc trzeba się wywiązać. Ale pisanie tego bloga to jedna z niewielu rzeczy, jakie uwielbiam robić. Uwielbiam pisać, czytać wasze komentarze. Każde słowo znaczy dla mnie tyle, co wszystko, mówię poważnie!
Ah, nie będę marnować Waszego cennego czasu nad użalaniem się, jednak proszę o zrozumienie, wrócę tu jak tylko wyzdrowieję. Być może w głowie narodzi się pomysł na dalsze losy Rosalie&Justina. Życzcie mi zdrowia, bo przyznam, jest mi ono bardzo potrzebne.
Trzymajcie się gołąbeczki moje kochane, kocham Was ♥
Tagi:
prośba
23.05.2012 o godz. 22:31
komentuj (6)
- Rosalie co się stało? - zapytał nieco zmartwiony Dylan, który delikatnie gładził moje plecy. Wciąż siedziałam skulona na podłodze w korytarzu, nadal ta sytuacja do mnie nie doszła. Łudziłam się, że lada moment szatyn zatelefonuje do mnie z wieścią, że jest cały i zdrowy, że ma się dobrze - Powiedz mi, proszę - powiedział tak, jakby za kilka sekund miał zanieść się płaczem.
- Chłopak, który był ze mną u Ciebie w szpitalu, pamiętasz go? - zwróciłam się do niego ocierając policzek. Ten pokiwał twierdząco głową, uważnie mi się przysłuchując - Justin miał wypadek - zamknęłam powieki, próbując powstrzymać łzy, które i tak wypłynęły, mimo moich starań - I ja.. ja muszę do niego jechać, rozumiesz? - spojrzałam w oczy pięciolatka, przepełnione współczuciem i przejęciem.
- Rozumiem, jedź - powiedział spokojnie wtulając się w moje ramiona - Ale obiecaj, że odwiedzisz mnie razem z nim, jak już wszystko będzie dobrze - dodał cicho puszczając mnie.
Chłopiec, który tak wiele rozumie. W ciągu pięciu lat swojego życia przeżył bardzo wiele. Wycierpiał już tyle, co dorosły człowiek, a nawet więcej. Zrozumiał powagę sytuacji, a to, że utwierdził mnie w przekonaniu, że wszystko będzie dobrze, naładowało moje wewnętrze akumulatory w wiarę na lepsze jutro.
Szybkimi ruchami wpakowałam wszystkie moje rzeczy do walizki. Zostawiłam tylko te, w które przygotowałam na podróż. Wzięłam szybki prysznic, po którym od razu się ubrałam. Włosy zostawiłam mokre, a zaraz po tym zabrałam bagaż i zjechałam windą na dół, gdzie zapłaciłam za krótki pobyt. Taksówka, która czekała na mnie pod hotelem zabrała mnie na lotnisko. Wszędzie panował chaos, ludzie spieszyli się w różne strony, ja z resztą też. Podchodząc do kasy, błagałam w myślach, by miejsce na lot do Londynu było wolne.
Siadając na wyznaczonym miejscu odetchnęłam z ulgą, jednak znalazło się ostatnie miejsce, można powiedzieć, że miałam szczęście w nieszczęściu. Cały strach, przed powtórnym wzbiciem się w powietrze odszedł w niepamięć, bo wiedziałam, że muszę przy nim być.
Niechcący szturchnęłam ramię pasażera, siedzącego obok. Było to na oko 20 latek, który delikatnie się uśmiechnął, gdy nasze oczy się spotkały.
- Przepraszam, nie chciałam - odparłam zmieszana.
- Nie ma sprawy - odpowiedział - Jestem Tom - podał mi rękę, którą po chwili zastanowienia uścisnęłam.
- Rosalie, miło mi - przedstawiłam się.
- Co robiłaś w Los Angeles? - zaczął rozmowę.
- Byłam u brata, ale niestety muszę wrócić do domu - spuściłam wzrok.
- Coś się stało? - spytał lustrując mnie wzrokiem.
- Nie, nieważne - odparłam, mając nadzieję, że skończy ten temat.
- Widzę, że nie chcesz o tym rozmawiać, no cóż - westchnął - Ja lecę do Londynu, do mojego rodzinnego miasta. Akurat tak się złożyło, że mój kuzyn miał wypadek.. - czy to zbieg okoliczności? - no i nie mogło mnie przy nim nie być - uśmiechnął się delikatnie.
- Wypadek? Tak mi przykro - mój wzrok spoczywał wszędzie, tylko nie na jego twarzy.
- Tak, wiem, mnie też. Wracał od dziewczyny - Co? Przecież to niemożliwe. Znów się rozpłakałam. Chowałam twarz w dłonie jak tylko mogłam - Mnie też jest przykro, ale nie musisz płakać, wyjdzie z tego - pogładził moje plecy, dając minimalne wsparcie.
- Czy.. czy Twój kuzyn ma na imię Justin? - podniosłam głowę wpatrując się w szatyna. Ten pokiwał głową, z wyraźnym zdezorientowaniem - On wracał ode mnie - powiedziałam, a kolejne łzy spłynęły po twarzy.
- Tak mi przykro - powiedział, a jego oczy wyrażały współczucie - Ale na pewno z tego wyjdzie - zapewniał. Oho, jeszcze potrzebne mi pocieszenia. To było najgorsze z tego wszystkiego. Człowiek mówi, że wszystko będzie okej, ale skąd on to wie? Nie jest przecież jasnowidzem.
- Przestań! Po prostu przestań, za dużo się już tego nasłuchałam - uniosłam głos po czym obróciłam się w przeciwną stronę, byleby tylko nie patrzeć na chłopaka. Zamknęłam oczy, by choć na chwilę zapomnieć o tym piekle, w którym żyję.
Korytarz, znajdujący się przed salą na której leżał Justin obeszłam już z milion razy. Byłam tu już od godziny. Mama Justina wraz z ciocią cały czas zajmowały plastikowe krzesełka, Tom siedział oparty na szpitalnej podłodze, Ethan poszedł kupić trzecią już kawę. Nikt nic nie mówił, wszyscy milczeli. Z resztą, co tu mówić? Że stan, w jakim Justin się znajduje jest krytyczny? Mowę zamieniliśmy na płacz, coraz to bardziej intensywny.
Zastanawiałam się nad tym, jakby wyglądało życie bez Justina. Pełne szarości, bez płomyka życia. Bez jakiegokolwiek wsparcia. Bez miłości, która miała przetrwać wieki. Właśnie teraz przed oczami pojawił mi się obraz Justina, którego zostawiam w tyle, gdy jechałam do Los Angeles. Pamiętam każdą myśl przeszywającą mój mózg. Że przecież nie zostawiam go na zawsze, tylko na te błahe dwa tygodnie. Że zobaczę go już niedługo, pełnego życia i szczęśliwego, bo ma mnie przy sobie. Teraz.. to wszystko jakby się rozmyło. Jakby ktoś zmył gąbką wszystkie złe wspomnienia, a pozostawił tylko te dobre, przez które ból i wspomnienia działał ze zdwojoną siłą.
- Pani Bieber - odezwał się lekarz wychodząc z pomieszczenia - Może pani zobaczyć syna - odparł po czym odszedł. Pattie od razu się poderwała i szybkim krokiem weszła do Justina. Po upływie kilku minut wróciła.
- Rosalie, możesz iść - powiedziała ocierając mokre policzki.
Weszłam do białego pomieszczenia. Na środku stało szpitalne łóżko, w którym leżała postać. Wszystko rozmazywało się pod wpływem łez, jednak tą twarz rozpoznałabym wszędzie. Pozbawiony życia, nie wyrażający jakiegokolwiek uczucia. Nie takiego Justina pamiętałam. Mój Justin był wiecznie uśmiechnięty, z iskierkami wypełniającymi jego oczy oraz z nienaganną fryzurą. Ten Justin był cały siny, z bandażem otaczającym jego głowę. Sprawiało mi ból patrzenie na niego w takim stanie. Cisza panująca na sali była tak idealna, że kroplówka, która stopniowo wypełniała malutnie naczynie dawała dziwne echo. Mój oddech dopasowałam do oddechu chłopaka. Przynajmniej nadal oddychamy tym samym powietrzem. Błogi spokój przerwał sprzęt, znajdujący się po prawej stronie łóżka. Przeraźliwe pikanie aparatury przyprawiło mnie o gęsią skórkę. Szybko zwróciłam głowę w miejsce wydawania głośnych dźwięków. Zauważyłam tam cienką linię, przecinającą się w poziomie. Moje oczy po raz kolejny dziś wypełniły się łzami. Stałam tam, nie mogąc wykonać nawet najmniejszego ruchu. Do pokoju wpadło grono lekarzy, którzy od razu zajęli się Justinem. Jedna z pielęgniarek siłą wyprowadziła mnie na korytarz, gdzie zauważyłam wszystkich bliskich Justinowi. Wszyscy płakali, tak samo jak ja.
Traciłam go. Bezpowrotnie. Na zawsze. Druga, bardzo bliska mi osoba umiera. Druga, powiązana ze mną. Może to we mnie tkwi problem?
Nagle z pomieszczenia wyszedł lekarz. Otarł bezradnie czoło, zwrócił się do Pattie.
- Bardzo nam przykro - po czym znów odszedł, tak jak wcześniej. Pattie usiadła z powrotem na siedzenie, zanosząc się płaczem. A ja? Bezwładnie opadłam na podłogę, nie chcąc już dalej żyć bez niego. Chciała umrzeć, tu i teraz. Być może właśnie moje prośby zostały wysłuchane, bo po chwili widziałam zaciemnioną twarz Justina, a potem dziwną, czarną otchłań.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
to jeszcze nie koniec..
proszę, zostaw opinię, to dla mnie bardzo ważne.
Tagi:
XX
Obudziła mnie cicha rozmowa Rosalie. Nieprzytomnie wychwytywałem pojedyncze wyrazy.
- Tak Dylan, przyjadę - zapewniała Rosalie.
- Raczej sama - w tym momencie obróciła głowę w moją stronę. Widząc, że nie śpię, delikatnie się uśmiechnęła - Przepraszam mały, niedługo się widzimy, trzymaj się i pamiętaj, że Cię kocham - powiedziała szybko kończąc rozmowę.
- Już nie śpisz? - spytała siadając na brzegu łóżka. Przecząco pokiwałem głową bacznie jej się przyglądając.
- Kiedy masz zamiar do niego pojechać? - zacząłem splatając nasze dłonie.
- Jutro - westchnęła - Ty wrócisz do domu - postanowiła. Wzdrygnąłem się, układając w pozycji siedzącej.
- Dlaczego? - spytałem z niekrytym wyrzutem.
- Masz swoje życie, Justin - odparła.
- Może od razu powiedz, że nie chcesz, żebym jechał - powiedziałem wstając z łóżka.
- Wiesz, że tak nie jest - szepnęła.
- Jasne - rzuciłem pogardliwie wchodząc do łazienki. Po trzaśnięciu dzwiami osunąłem się po nich w dół. Byłem na siebie cholernie zły, powinienem zrozumieć, że chce spędzić trochę czasu z rodziną, nie mogłem jej zmusić do tego, aby mnie zabrała. Znów pokazałem swoją dziecinność, brak zrozumienia, a to było podstawą naszego dopiero co rozpoczętego związku. Wziąłem zimny prysznic, by moje nabuzowane ciało się rozluźniło i nie chciało wyżyć na pierwszej, napotkanej rzeczy. Po odświeżeniu i ubraniu powolnym krokiem wyszedłem z łazienki. W pokoju panowała błoga cisza, co lekko mnie zaniepokoiło.
- Rosalie? - analizowałem każdy centymetr pokoju. Po chwili usłyszałem ciche pochlipywanie na tarasie. Szybko udałem się w tym kierunku. Stała tam ona, w pidżamie, z zupełnym nieogarem na głowie, ale jak zawsze idealna. Jedyne, co w tym momencie przeszkadzało mi w jej wyglądzie to mokre policzki, po których spływała przezroczysta ciecz. Wziąłem ją w ramiona najszybciej, jak było to możliwe.
- Przepraszam, nie powinienem - szepnąłem.
- Nie szkodzi - powiedziała wycierając twarz - Jesteś zły?
- Może troszkę, ale tylko dlatego, że nie będę Cię widział przez dłuższy czas - uśmiechnąłem się promiennie.
- Obiecuję, że wrócę po góra dwóch tygodniach - odparła biorąc kosmetyczkę i ubrania do ręki - Zgadzasz się? - spytała pełna nadziei w oczach.
- Nie mam wyjścia - westchnąłem całując jej policzek - Idź się odśwież, pójdziemy na śniadanie - powiedziałem. Ta po chwili zniknęła za drzwiami.
- Zadzwoń jak dojedziesz - przypomniał Justin poraz kolejny tego poranka.
- Tak, zadzwonię - westchnęłam przeciągle.
- Nic nie poradzę na to, że tak się o Ciebie martwię - powiedział, a na mojej twarzy momentalnie pojawił się uśmiech.
- Ty też daj znać, jak dojedziesz - powiedziałam.
- Oczywiście, a teraz na Ciebie chyba czas - wskazał na pociąg. Przyciągnął mnie do siebie, zamykając w ramionach. Przecież 2 tygodnie to nie tak dużo, Rosalie - powtarzałam sobie w myślach. Nie mogę się rozkleić, nie przy nim. Próbowałam się nie rozpłakać i o dziwo wychodziło.
- Obiecaj, że będziesz dzwonić codziennie - podkreśliłam ostatnie słowo - Że będziesz tęsknić, że będziesz na mnie czekać - starłam pojedynczą łzę z policzka.
- Obiecuję - powiedział, po czym ujął moją twarz w dłonie. Delikatnie musnął moje wargi pozostawiając niezapomniany niedosyt. Chwyciłam swoją walizkę i powoli odeszłam od szatyna, który bacznie przyglądał się każdemu mojemu ruchowi. Odwróciłam się na moment, by po raz ostatni spojrzeć mu w oczy i przyjrzeć się jego idealnej sylwetce. Przesłałam mu buziaka przez wąskie okno pociągu. Pojazd momentalnie ruszył, a ja czułam, że zostawiam w tym miejscu cały swój świat. Jakbym rozstawała się z nim na zawsze, a przecież tak nie było. Za dwa tygodnie znów go zobaczę w idealnie ułożonej fryzurze i z nienagannym uśmiechem.
Po paru godzinach jazdy w zatłoczonej lokomotywie znalazłam się u celu. Zebrałam swoją walizkę i od razu wsiadłam do pierwszej lepszej taksówki, która miała zawieźć mnie do hotelu, znajdującego się blisko domu mamy i Dylana. Przecież nie mogłabym mieszkać z nią pod jednym dachem. Nie z kobietą, która wybrała karierę i pieniądze zamiast rodziny. Kobietą, którą nie interesują uczucia, ani to, że kogoś rani swoimi codziennymi czynami. Po przekroczeniu wejścia do hotelu od razu zarezerwowałam pokój i udałam się do niego. Na samym początku rozpakowałam się, a po tym wzięłam długą kąpiel rozluźniającą. Po ubraniu wygodnych ciuchów opadłam na wygodne łóżko małżeńskie wybierając numer do Justina.
- Cześć tu Jusitn, nie mogę teraz rozmawiać, zostaw wiadomość po sygnale - odłożyłam komórkę, tłumacząc sobie, że prowadzi samochód, lub, że rozładował mu się telefon. Szczerze mówiąc, miała obawy, że co się stało, że miał wypadek. Nie, to niemożliwe, to wspaniały kierowca. Chciałam jak najprędzej zająć swoje myśli czymś innym, dlatego zdecydowałam się na odwiedziny Dylana. Wzięłam z walizki wygodne ubrania, szybko się przebrałam i wyszłam kierując się w właściwe miejsce.
Pewnie nadusiłam dzwonek znajdujący się po prawej stronie drzwi. Po kilku sekundach otworzyły się, a mnie ukazała się drobna postać chłopca, zakrywającego ze zdziwienia buzię.
- Rosalie! - ucieszony przytulił mnie bardzo mocno - Co Ty tu robisz?
- Jak to co, obiecałam, że Cię odwiedzę - powiedziałam gładząc jego policzek - To jak, wpuścisz mnie? - zagadnęłam. Ten w odpowiedzi pociągnął mnie za rękę prowadząc do salonu. Nic tu się nie zmieniło, poza.. sterylną czystością. Kiedyś wszystko było na swoim miejscu, ale teraz nawet książki na półce były idealnie ułożone - Gdzie mama? - zwróciłam się do Dylana. Ten na moment spuścił wzrok, po czym cicho powiedział.
- W pracy - po tych słowach we zaczęło się dosłownie gotować.
- Czy Ty jesteś tu sam? - starałam się powiedzieć spokojnie.
- Nie, z gosposią - uśmiechnął się lekko. W tym momencie do pokoju weszła, jak się domyślam, gosposia.
- A kim pani jest? - powiedziała dość niemiło.
- Siostrą Dylana - odparłam szorstko - Zabieram go na spacer - oznajmiłam.
- Nie ma pani prawa.
- Mam, większe niż pani. Chodź Dylan - chwyciłam pięciolatka za rękę prowadząc do drzwi. W międzyczasie, gdy przechodziliśmy obok kuchni nadali wiadomości.
- Na obrzeżach Londynu doszło do wypadku. Biały samochód osobowy marki mercedes zderzył się z tirem. Wina leży po stronie kierowcy tira. Najprawdopodobniej jedna osoba nie żyje, a druga jest ciężko ranna - zamarłam. W oczach zebrały się łzy, które o upływnie kilku sekund zaczęły wypływać. To Justin jechał biały mercedesem. To dlatego nie odbierał, miał wypadek. Upadłam na podłogę zanosząc się jeszcze potworniejszym szlochem.
- - - - - - - - - - - - - - - -
przepraszam, wiem, że miałam dodać szybciej. Po prostu mam problemy, przez co tracę czas na pisanie rozdziałów. Zastanawiam się nad zawieszeniem.. Bez względu na wszystko i tak uwielbiam moje czytelniczki :*
- Tak Dylan, przyjadę - zapewniała Rosalie.
- Raczej sama - w tym momencie obróciła głowę w moją stronę. Widząc, że nie śpię, delikatnie się uśmiechnęła - Przepraszam mały, niedługo się widzimy, trzymaj się i pamiętaj, że Cię kocham - powiedziała szybko kończąc rozmowę.
- Już nie śpisz? - spytała siadając na brzegu łóżka. Przecząco pokiwałem głową bacznie jej się przyglądając.
- Kiedy masz zamiar do niego pojechać? - zacząłem splatając nasze dłonie.
- Jutro - westchnęła - Ty wrócisz do domu - postanowiła. Wzdrygnąłem się, układając w pozycji siedzącej.
- Dlaczego? - spytałem z niekrytym wyrzutem.
- Masz swoje życie, Justin - odparła.
- Może od razu powiedz, że nie chcesz, żebym jechał - powiedziałem wstając z łóżka.
- Wiesz, że tak nie jest - szepnęła.
- Jasne - rzuciłem pogardliwie wchodząc do łazienki. Po trzaśnięciu dzwiami osunąłem się po nich w dół. Byłem na siebie cholernie zły, powinienem zrozumieć, że chce spędzić trochę czasu z rodziną, nie mogłem jej zmusić do tego, aby mnie zabrała. Znów pokazałem swoją dziecinność, brak zrozumienia, a to było podstawą naszego dopiero co rozpoczętego związku. Wziąłem zimny prysznic, by moje nabuzowane ciało się rozluźniło i nie chciało wyżyć na pierwszej, napotkanej rzeczy. Po odświeżeniu i ubraniu powolnym krokiem wyszedłem z łazienki. W pokoju panowała błoga cisza, co lekko mnie zaniepokoiło.
- Rosalie? - analizowałem każdy centymetr pokoju. Po chwili usłyszałem ciche pochlipywanie na tarasie. Szybko udałem się w tym kierunku. Stała tam ona, w pidżamie, z zupełnym nieogarem na głowie, ale jak zawsze idealna. Jedyne, co w tym momencie przeszkadzało mi w jej wyglądzie to mokre policzki, po których spływała przezroczysta ciecz. Wziąłem ją w ramiona najszybciej, jak było to możliwe.
- Przepraszam, nie powinienem - szepnąłem.
- Nie szkodzi - powiedziała wycierając twarz - Jesteś zły?
- Może troszkę, ale tylko dlatego, że nie będę Cię widział przez dłuższy czas - uśmiechnąłem się promiennie.
- Obiecuję, że wrócę po góra dwóch tygodniach - odparła biorąc kosmetyczkę i ubrania do ręki - Zgadzasz się? - spytała pełna nadziei w oczach.
- Nie mam wyjścia - westchnąłem całując jej policzek - Idź się odśwież, pójdziemy na śniadanie - powiedziałem. Ta po chwili zniknęła za drzwiami.
*
- Zadzwoń jak dojedziesz - przypomniał Justin poraz kolejny tego poranka.
- Tak, zadzwonię - westchnęłam przeciągle.
- Nic nie poradzę na to, że tak się o Ciebie martwię - powiedział, a na mojej twarzy momentalnie pojawił się uśmiech.
- Ty też daj znać, jak dojedziesz - powiedziałam.
- Oczywiście, a teraz na Ciebie chyba czas - wskazał na pociąg. Przyciągnął mnie do siebie, zamykając w ramionach. Przecież 2 tygodnie to nie tak dużo, Rosalie - powtarzałam sobie w myślach. Nie mogę się rozkleić, nie przy nim. Próbowałam się nie rozpłakać i o dziwo wychodziło.
- Obiecaj, że będziesz dzwonić codziennie - podkreśliłam ostatnie słowo - Że będziesz tęsknić, że będziesz na mnie czekać - starłam pojedynczą łzę z policzka.
- Obiecuję - powiedział, po czym ujął moją twarz w dłonie. Delikatnie musnął moje wargi pozostawiając niezapomniany niedosyt. Chwyciłam swoją walizkę i powoli odeszłam od szatyna, który bacznie przyglądał się każdemu mojemu ruchowi. Odwróciłam się na moment, by po raz ostatni spojrzeć mu w oczy i przyjrzeć się jego idealnej sylwetce. Przesłałam mu buziaka przez wąskie okno pociągu. Pojazd momentalnie ruszył, a ja czułam, że zostawiam w tym miejscu cały swój świat. Jakbym rozstawała się z nim na zawsze, a przecież tak nie było. Za dwa tygodnie znów go zobaczę w idealnie ułożonej fryzurze i z nienagannym uśmiechem.
Po paru godzinach jazdy w zatłoczonej lokomotywie znalazłam się u celu. Zebrałam swoją walizkę i od razu wsiadłam do pierwszej lepszej taksówki, która miała zawieźć mnie do hotelu, znajdującego się blisko domu mamy i Dylana. Przecież nie mogłabym mieszkać z nią pod jednym dachem. Nie z kobietą, która wybrała karierę i pieniądze zamiast rodziny. Kobietą, którą nie interesują uczucia, ani to, że kogoś rani swoimi codziennymi czynami. Po przekroczeniu wejścia do hotelu od razu zarezerwowałam pokój i udałam się do niego. Na samym początku rozpakowałam się, a po tym wzięłam długą kąpiel rozluźniającą. Po ubraniu wygodnych ciuchów opadłam na wygodne łóżko małżeńskie wybierając numer do Justina.
- Cześć tu Jusitn, nie mogę teraz rozmawiać, zostaw wiadomość po sygnale - odłożyłam komórkę, tłumacząc sobie, że prowadzi samochód, lub, że rozładował mu się telefon. Szczerze mówiąc, miała obawy, że co się stało, że miał wypadek. Nie, to niemożliwe, to wspaniały kierowca. Chciałam jak najprędzej zająć swoje myśli czymś innym, dlatego zdecydowałam się na odwiedziny Dylana. Wzięłam z walizki wygodne ubrania, szybko się przebrałam i wyszłam kierując się w właściwe miejsce.
Pewnie nadusiłam dzwonek znajdujący się po prawej stronie drzwi. Po kilku sekundach otworzyły się, a mnie ukazała się drobna postać chłopca, zakrywającego ze zdziwienia buzię.
- Rosalie! - ucieszony przytulił mnie bardzo mocno - Co Ty tu robisz?
- Jak to co, obiecałam, że Cię odwiedzę - powiedziałam gładząc jego policzek - To jak, wpuścisz mnie? - zagadnęłam. Ten w odpowiedzi pociągnął mnie za rękę prowadząc do salonu. Nic tu się nie zmieniło, poza.. sterylną czystością. Kiedyś wszystko było na swoim miejscu, ale teraz nawet książki na półce były idealnie ułożone - Gdzie mama? - zwróciłam się do Dylana. Ten na moment spuścił wzrok, po czym cicho powiedział.
- W pracy - po tych słowach we zaczęło się dosłownie gotować.
- Czy Ty jesteś tu sam? - starałam się powiedzieć spokojnie.
- Nie, z gosposią - uśmiechnął się lekko. W tym momencie do pokoju weszła, jak się domyślam, gosposia.
- A kim pani jest? - powiedziała dość niemiło.
- Siostrą Dylana - odparłam szorstko - Zabieram go na spacer - oznajmiłam.
- Nie ma pani prawa.
- Mam, większe niż pani. Chodź Dylan - chwyciłam pięciolatka za rękę prowadząc do drzwi. W międzyczasie, gdy przechodziliśmy obok kuchni nadali wiadomości.
- Na obrzeżach Londynu doszło do wypadku. Biały samochód osobowy marki mercedes zderzył się z tirem. Wina leży po stronie kierowcy tira. Najprawdopodobniej jedna osoba nie żyje, a druga jest ciężko ranna - zamarłam. W oczach zebrały się łzy, które o upływnie kilku sekund zaczęły wypływać. To Justin jechał biały mercedesem. To dlatego nie odbierał, miał wypadek. Upadłam na podłogę zanosząc się jeszcze potworniejszym szlochem.
- - - - - - - - - - - - - - - -
przepraszam, wiem, że miałam dodać szybciej. Po prostu mam problemy, przez co tracę czas na pisanie rozdziałów. Zastanawiam się nad zawieszeniem.. Bez względu na wszystko i tak uwielbiam moje czytelniczki :*
Tagi:
XIX
Całkiem przemoknięci wróciliśmy do hotelowego pokoju. Pełni pozytywnego nastroju uśmiechaliśmy się do siebie nawzajem.
- Cześć, jestem Rosalie i zaklepuję łazienkę - odparłam pogodnie wyciągając z walizki piżamę i kosmetyczkę.
- Cześć, jestem Justin, a Ty kocie chyba śnisz - powiedział wybuchając zaraźliwym śmiechem. Odwróciłam się do niego twarzą, robiąc słodkie oczy kota ze Shreka - Nie, nie, nie, nie! Nie przekupisz mnie! - mówił zasłaniając oczy dłonią. Korzystając z okazji, po cichu przemknęłam obok szatyna kierując się ku łazience. Jednak Justin był szybszy, przyparł całą mnie do ściany utrudniając jakikolwiek ruch - Nieładnie tak uciekać - szepnął do ucha, a mnie na moment zabrakło tchu - Coś za coś, kochanie - dodał.
- Czego sobie życzysz? - spytałam uśmiechając się zalotnie.
- Liczę na Twoją pomysłowość - szeptał stojąc cały czas w tej pozycji. Delikatnie odchyliłam głowę, uprzednio upuszczając trzymane w ręce rzeczy. Subtelnie przejechałam palcem po swoich ustach, jednocześnie przegryzając jedną z warg. Chłopakowi widocznie się to spodobało, bo jeszcze mocniej przybił mnie do ściany unosząc jedną ręką moją twarz tak, by mógł spojrzeć w oczy.
- Coś więcej? - zasugerował. Ja uśmiechnęłam się słodko, przybliżając twarz do niego. Jedną dłonią chwyciłam jego idealne, puszyste włosy zachęcając do zbliżenia. Z początku musnęłam jego wargi, dając niezapomniany niedosyt. Następnie robiłam to z co raz większą pasją, oboje angażowaliśmy się w to równie mocno. Justin uśmiechał się, dając mi satysfakcję z tego, że jest zadowolony. Zagryzłam na jego wardze zęby ciągnąc w swoją stronę. Oderwałam się od niego całkowicie od razu zaglądając w oczy. Szalały w nich iskierki mieniące się różnymi kolorami, przynajmniej takie miałam wrażenie - Teraz możesz iść - odrzekł dając jeszcze całusa w policzek. Pełna satysfakcji sięgnęłam po upuszczone wcześniej rzeczy i udałam się do łazienki. Zmyłam makijaż, ściągnęłam brudne już ubrania i odkręciłam wodę pod prysznicem. Na rękę nalałam arbuzowy żel Justina, którym umyłam całą siebie jednak do włosów użyłam waniliowego szamponu. Po opłukaniu owinęłam się ręcznikiem i opuściłam kabinę. Po nasmarowaniu ciała niebiańsko pachnącym mleczkiem narzuciłam na siebie strój na noc. Umyłam jeszcze dokładnie zęby oraz jeszcze raz, oczyściłam tonikiem całą twarz. Zabierając swoje rzeczy opuściłam pomieszczenie. Od samego wejścia uderzyła mnie fala intenstywnego zapachu wanilii i truskawek. W pokoju panował półmrok, jednak poustawiane na podłodze świeczki pozwalały na swobodne poruszanie się. Analizując każdy skrawek pokoju szukałam Justina, którego jakoś do tej pory nie mogłam znaleźć. Nagle zza zasłony wyłoniła się idealna postać - on. Jego twarz oświetlał blask świeczek, dzięki czemu mogłam łatwo zauważyć jego piękny i subtelny uśmiech. Uważając na świeczki podążyłam w jego kierunku rzucają mu się w ramiona. Mocno się w niego w tuliłam, nie chcąc już nigdy puścić. Był to kolejny dowód na to, jak mocno można przywiązać się do drugiej osoby.
- Jesteś cudowny - wyszeptałam czując jak do oczu powoli napływają łzy.
- Zasługujesz na wszystko, co dobre - powiedział całując moje czoło.
- Ty jesteś uzupełnieniem wszystkiego - powiedziałam lekko odrywając się od niego - Nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak moje serce szaleje gdy Cię widzę. To, że przyjechałeś tu dla mnie jest niepodważalnym dowodem na to, że naprawdę mnie kochasz. Wiesz co? Śmiało mogę Cię porównać do narkotyku. Twoje perfumy mieszają mi się z tlenem, bez którego nie da się przecież żyć - westchnęłam marzycielsko - Tak, znaczysz dla mnie tyle, co nikt inny i chcę, abyś był tego świadomy - wyrzuciłam to wszystko na jednym wdechu. Nic z tych słów nie było zaplanowane, zupełny spontan. Spuściłam wzrok czekając na jego reakcję.
- Spójrz na mnie - powiedział, nie zareagowałam - Rose - westchnął przeciągle, ale z nutką miłości - Rosalie Brown, rozkazuję Ci spojrzeć na mnie - odparł z rozbawieniem. Odważyłam się podnieść głowę, gdzie po drodze spotkałam jego wzrok.
*
- Wiesz, że byłbym w stanie zrobić dla Ciebie wszystko - zacząłem, wywołując na jej twarzy delikatny uśmiech - Nieważne co, ważne, że dla Ciebie. Pamiętasz jak wtedy, po raz pierwszy wyznałem co do Ciebie czuję? - spytałem.
- Oczywiście, że pamiętam - szybko odparła.
- To wszystko było prawdą, uwielbiam Cię w każdym stopniu. Nie wiem jak to zrobiłaś, ale oczarowałaś mnie błyskawicznie, co powiem szczerze nie jest łatwe - zachichotałem - I wiedz, że znaczysz dla mnie tyle co nikt inny. Jesteś i mam nadzieję, że już zawsze będziesz częścią mnie i mojego życia - powiedziałem biorąc ją w ramiona.
- Dziękuję.. - westchnęła wpatrując się w jeden, widoczny tylko dla niej punkt - Kocham Cię - powiedziała to z taką łatwością, a ja tylko marzyłem o tym, żeby to usłyszeć. Teraz czułem się nadzwyczajnie szczęśliwy, niczego mi nie było brak, cały mój świat trzymałem w ramionach.
- Ja Ciebie też, Rose - odparłem między pocałunkami.
- - - - - - - - - - - - - - -
hiho!
trochę późno, przepraszam, ale brak internetu robi swoje.
Teraz jest wolne, napiszę rozdziały wprzód i będę dodawać szybciej niż co dwa tygodnie, obiecuję :*
Tagi:
XVIII
Przyspieszone oddechy, zalotne spojrzenia, niepewne ruchy.
Siedziałam przytulona do Justina, nie chcąc już nigdy się oderwać. Chęć zatrzymania go już na zawsze była bardzo silna.
- Tak bardzo Cię przepraszam, Rose. Jestem idiotą, to wszystko nie powinno się tak potoczyć. Czuję się potwornie, wiem, że wszystko zepsułem - głośno westchnął - Ale powiedz, czy jest dla nas jakaś szansa? - podniósł wzrok ukazując iskierki szalejące w idealnych, okromnych oczach. Tak bardzo tęskiłam za blaskiem tęczówek wgapionych tylko we mnie. Lekko zachichotałam słysząc pytanie szatyna.
- Oczywiście, że jest. Tylko tym razem musimy się postarać.. - pogładziłam jego policzek, a on, jakby czekając zbliżył swoją twarz do mojej. Oboje wiedzieliśmy co zaraz nastąpi, jednak chciałam jeszcze przyjrzeć się całej jego twarzy, której nie widziałam "wieki". Powoli złączyliśmy nasze wargi w całość. Delikatnie przegryzłam jego dolną wargę, na co on widocznie się uśmiechnął. Muskał moje usta przyprawiając mnie o przyjemne dreszcze. Tak, to był kolejny dowód na to, że pasujemy do siebie idealnie. Całował niepewnie, wywnioskowałam, że może trochę bał się pierwszego pocałunku, który właśnie kończyliśmy.
*
Mój anioł. Nikogo, nigdy wcześniej tak nie potrzebowałem jak jej. Teraz, jutro, zawsze. Uczucie nie do opisania. Obawa, przed utratą tej osoby może zniszczyć, jednak ja wiem, że ona już mi nie ucieknie, już zawsze będzie przy mnie. Na dobre i na złe, to pewne.
- Na zawsze? - wyciągnąłem mały paluszek dłoni w jej stronę na potwierdzenie wszystkiego co jest między nami.
- Na zawsze - potwierdziła splatające nasze palce. Objąłem ramieniem ją całą dając pewne bezpieczeństwo. Wiedziałem, że nie musze już niczego szukać. Całe szczęście siedzi przy mnie ujęte w jednej, tak drobnej osobie.
- Rose, znajdźmy jakiś hotel, musisz odpocząć - odparłem biorąc do ręki walizkę.
- Ty też - westchnęła podnosząc się z siedzenia - Taksówka pewnie już czeka - chwytając za dłoń pociągnęła w stronę wyjścia.
- Mam samochód - uśmiechnąłem się wskazując na białego mercedesa. Włożyłem walizki do bagażnika uprzednio otwierając Rosalie drzwi. Szybko zająłem miejsce kierowcy, zapiąłem pas i swobodnie mogliśmy wyjechać na asfalt. Długą ciszę przerwało moje ciche westchnięcie.
- Co jest? - spytała skupiając na sobie cały mój wzrok.
- Jestem cholernie szczęśliwy - odparłem muskając palcami jej dłoń. Ta w odpowiedzi posłała mi jeden z tych idealnych uśmiechów oraz pocałunek w policzek.
Po kilkunastu minutach wysiadaliśmy już z samochodu przed hotelem zabierając bagaże. Przekraczając wejście od razu udaliśmy się do recepcji zająć pokój.
- Witam, chciałem wynająć pokój na jedną noc - mówiłem uprzejmie.
- Ilu osobowy? - spytała.
- Dwu - rzuciłem spoglądając na Rosalie, ta słodko się uśmiechnęła. Recepcjonistka zmierzyła nas krzywo, po czym wydała kluczyk do pokoju 214. Wjechaliśmy na właściowe piętro windą maszerując do wyznaczonego na pokoju. Odstawiłem nasze walizki w rogu pokoju napawając się jego pięknem. Rose uczyniła to samo zerkając raz to na mnie, a raz na pomieszczenie - Podoba się? - spytałem oplatając ją w pasie.
- Bardzo - westchnęła wyplątując się z uścisku. Przejechała dłonią po idealnie zaścielonym łóżku, po czym usiadła na jego rogu. Poklepała miejsce tuż koło siebie. Dołączyłem do niej w przeciągu kilku sekund. Oparłszy głowę o moje ramię objąłem ją ręką.
*
Przez głowę toczyły się myśli o nas, o naszym stałym związku i o tym, co przed nami. Oparłam się o Justina, czując zapach jego słodkich perfum, kótre wypełniały moje nozdrza w stu procentach. Z tego zapachu mogłabym już nigdy nie zezygnować, działał jak dodatek do narkotyku, a sam szatyn był jednym z najlepszych.
- O czym myślisz? - spytał bo kilku minutach ciszy chwytając moją dłoń.
- O nas - skierowałam twarz ku jego i lekko musnęłam wargę - Chodźmy na spacer - rzuciłam wyciągając już odpowiednie ubrania z walizki. Wzięłam szybki prysznic, w końcu należał mi się, ubrałam i poprawiłam makijaż. Jeszcze mokre włosy zarzuciłam na lewe ramię - Idziemy? - spytałam przebranego już Justina, ten pokiwał znacząco głową, po czym oboje opuściliśmy hotelowy pokój.
*
Przechadzali się nieznanymi im jak dotąd ścieżkami Washingtonu trzymając się za ręce i szepcząc słodkie słówka do ucha. Mogłoby się wydawać, że są najszczęśliwszą parą na kuli ziemskiej i może nawet tak było, ale to wiedzieli tylko oni. On - bardzo przystojny szatyn, z mlecznoczekoladowymi oczami i o wyrzeźbionych mięsniach wpatrywał się, w drobną blondynkę o brązowych oczach i słodkich dołeczkach w policzach, jak w obrazek. Uczucie pomiędzy nimi było tak silne, że nawet jako para nie zdawali sobie z tego pełnej sprawy.
Przyparł do jej rozgrzanego ciała, całując każdy milimetr jej karku, szyi, włosów, twarzy. Czuła się niesamowicie, jakby właśnie teraz, Bóg wynagrodził jej wszystkie krzywdy w życiu, jedną osobą, wysokim szatynem o bajecznych oczach. Patrzył na nią z taką miłością, pragnieniem i czymś, o czym wiedział tylko on. Osoby z zewnątrz nie byłyby w stanie pojąć tej chemii tworzącej się pomiędzy nimi.
*
- Zbiera się na deszcz - odparł Justin patrząc w górę. Wzruszyłam ramionami i ile tylko wydobyłam sił w nogach, ruszyłam biegiem. Bez konkretnego celu, obranego kierunku. Chciałam sprawdzić, czy pobiegnie za mną, czy będzie się martwił. Słyszałam Jego kroki za mną, co dało mi satysfakcję. Co chwila wykrzykiwał delikatnie moje imię przedzierając odgłosy nastającej ulewy. Nie zdziwiłam się, kiedy w końcu mnie dogonił i ciągnąc za rękę, obrócił ku sobie, po czym zamknął w ramionach. - Jeśli będziesz uciekać, będę Cię gonił. Zawsze. Twój wybór. - scałował krople deszczu z moich ust. łapiąc swoimi dłońmi moje, przykląkł na chodniku. - O pani mego serca, litości! Czym zasłużyłem sobie na te katusze? - wyrwałam się z uścisku. - A więc tak to określasz? katusze? - zagadnęłam zaczepnie z lekkim uśmieszkiem, na co momentalnie wziął mnie na ręce. - Kocham Cię, kocham Cię ponad wszystko! A katusze? Zawsze, gdy tylko odstępujesz mnie na krok - dodał muskając delikatnie moje usta. Już wiedziałam, że zawsze będzie przy mnie, że potrzebuje mnie tak samo jak ja jego...
- - - - - - - - - - - - - - - - - -
cześć gołąbki ♥
bardzo przepraszam, że dodaję tak późno rozdział, ale nie miałam internetu. Mam nadzieję, że rozdział Wam się spodoba.
Czekam na szczere opinie od Was.
love ya :*
Tagi:
XVII
nie, nie mogę!
jaram się, no <3
to jest takie seksowne, nie uważacie :>
tylko czekać na pełną weeeersję :D
Tagi:
filmik
- Justin, halo - usłyszałem głos Ethana w słuchawce komórki - Justin, samolot wylądował - mówił wyraźnie szczęśliwy. We mnie z sekundy na sekundę co raz bardziej rosła ekscytacja i szczęście, że nic jej nie jest, że być może chce właśnie teraz ze mną porozmawiać.
- Gdzie? - uśmiechnąłem się szeroko nieco zwalniając samochód.
- Washington - szybko odpowiedział. Spojrzałem w mapę, skąd wywnioskowałem, że nie jest to długa droga.
- Dzięki stary, jestem w Hamburgu, za jakieś dwie godziny powinienem być na miejscu. Trzymaj się - powiedziałem z promiennym nastrojem na powrót przyspieszając obroty silnika.
Mocny wstrząs a po nim błoga cisza. Nadal zacisnęte powieki nie chciały się rozluźnić, nie chciały spojrzeć na sytuację w około.
- Wylądowaliśmy - wszyscy usłyszeliśmy rozluźniony głos pilota. Odetchnęłam z ogromną ulgą, byłam nad wyraz szczęśliwa mimo, że nie miałam przy sobie.. Justina. Powoli odpięłam pas, zabierając swoje rzeczy wstałam udając się do wyjścia. Chciałam jak najprędzej opuścić ten samolot, który mógł doprowadzić do tragedii. Promienie słońca od razu rzucone na twarz oślepiły mnie totalnie. Wygrzebałam z torebki okulary przeciwsłoneczne i założyłam je na nos. Chwyciłam walizkę stojącą nieopodal i powolnym krokiem ruszyłam w stronę budynku lotniska. Tam znalazłam łazienkę, gdzie obmyłam twarz, bo na nic więcej nie mogłam liczyć, związałam włosy w wysokiego koka i wygrzebałam z walizki wygodny zestaw, w który przebrałam się w kabinie toaletowej. Zebrałam wszystkie swoje rzeczy i udałam się na plastikowe krzesełka, gdzie chciałam pomyśleć nad tym, co dalej zrobię. Gdy już znalazłam się na wyznaczonym miejscu wszystkie myśli uleciały, a ja nie mając pomysłu schowałam twarz w dłonie ze zmeczenia.
Jeszcze chwila Rose - szepnąłem sam do siebie stojąc w korku tuż przed lotniskiem w Washingtonie. Nerwowo chwyciłem telefon wybierając numer Ethana.
- Co jest? - rzucił zadowolony przyjaciel.
- Zaraz będę na miejscu, zadzwoń do niej i dowiedz, gdzie się dokładnie znajduje - wszystko mówiłem bardzo szybko.
- Jasne stary - po tych słowach rozłączył się, a ja powoli ruszyłem dalej.
Poczułam lekkie wibracje w tylnej kieszeni, więc szybko wyciągnęłam telefon uprzednio zerkając na wyświetlacz. Miałam jednak nadzieję, że dzwoni ktoś inny..
- Cześć Ethan - przywitałam się.
- Cześć Rose, wszystko w porządku? Tak się o Ciebie martwiłem - westchnął głośno.
- Tak, nic mi nie jest. Przynajmniej ktoś.. - powiedziałam szybko wzdychając.
- Nie tylko ja - wtrącił - A gdzie jesteś teraz?
- Obecnie siedzę na lotnisku w Washingtonie, a potem? Nie wiem, na pewno nie wsiądę do samolotu - lekko się zaśmiałam.
- No rozumiem Cię. Musiałabyś skołować jakiś autobus, czy coś - podsunął pomysł.
- Tak, masz rację. Na razie nie mam na nic siły. Muszę zadzwonić po taksówkę, znajdę jakiś hotel i odpocznę.
- To dobry plan. Przepraszam Rose, ale mam drugi telefon. Jeszcze dziś zadzwonię do Ciebie. Trzymaj się - rozłączył się, a ja na powrót opadłam na niewygodne krzesełko.
- I jak, wiesz coś? - spytałem.
- Nadal jest na lotnisku, tylko pospiesz się, bo chce wezwać taksówkę i jechać do hotelu - mówił przejęty.
- Jasne, dzięki - rozłączyłem się rzucając telefon na siedzenie. Właśnie wjeżdżałem na parking przy lotnisku. Gwałtownie zaparkowałem na pierwszym lepszym miejscu. Zebrałem najpotrzebniejsze rzeczy i wysiadłem z samochodu. Po drodze do wejścia zwichrzyłem włosy i wziąłem gumę do żucia.
Teraz liczyła się tylko ona. To dla niej tu przyjechałem. Troska o jej dobro była silniejsza. Szybkim krokiem przekroczyłem wejście idąc wzdłuż głównego holu. Uważnie rozglądałem się, by czasem nie przegapić drobnej blondynki.
- Tak, proszę taksówkę, na lotnisko - odparłam. Włożyłam telefon do torby, po czym wstałam chwytając w prawą dłoń walizkę. Prowadziłam ją powoli, bo zanim samochód się pojawi, minie gdzieś z 15 minut. Mierzyłam wzrokiem każdą napotkaną osobę mając wrażenie, że gdzieś, skądś je kojarzę. Ale to tylko zwykłe złudzenie - pomyślałam. Wszyscy się spieszyli, byli czymś zajęci, a ja? Nie miałam do czego się spieszyć. Nikt na mnie nie czekał. Oczy jak na złość się zaszkliły, nie byłam temu przeciwna. Mimo wszystko szłam dalej, jednak wszystko wokoło rozmazywało się pod wpływem łez zbierających się pod powiekami. Przyspieszyłam kroku i jak na złość na kogoś wpadłam. Delikatnie podniosłam wzrok przecierając oczy.
- Rosalie.. - szepnęła dobrze znana mi postać. Ten wzrok, włosy, zapach. Łzy w końcu wypłynęły. On tu był, szmat drogi od Londynu, ale tu był - dla mnie. Przyglądał mi się uważnie, a mnie nie było stać na nic więcej. Siedziałam spokojnie analizując każdy element jego twarzy, dobrze znanej mi twarzy. Przyłożył dłoń do mojej twarzy ocierając spływającą ciecz, która nie dawała za wygraną - Proszę, powiedz coś - poprosił gładząc mój policzek - Cokolwiek - siedziałam w bezruchu nie do końca świadoma co się teraz dzieje. Tak bardzo chciałam aby mnie przytulił, chciałam mieć go całego blisko siebie, więc dlaczego jeszcze tego nie powiedziałam?
- Po prostu bądź - westchnęłam chowając twarz w jego tors..
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
cześć, cześć, cześć dzióbaski :*
mam wielką nadzieję, że jeszcze to opowiadanie Wam się nie znudziło, że jeszcze macie ochotę je czytać.
Rozdział dedykowany wszystkim! dosłownie, dajecie mi siłę pomimo wszystko. Ciepłe słowa od Was są dla mnie czymś naprawdę ważnym. Dziękuję.
- Gdzie? - uśmiechnąłem się szeroko nieco zwalniając samochód.
- Washington - szybko odpowiedział. Spojrzałem w mapę, skąd wywnioskowałem, że nie jest to długa droga.
- Dzięki stary, jestem w Hamburgu, za jakieś dwie godziny powinienem być na miejscu. Trzymaj się - powiedziałem z promiennym nastrojem na powrót przyspieszając obroty silnika.
*
Mocny wstrząs a po nim błoga cisza. Nadal zacisnęte powieki nie chciały się rozluźnić, nie chciały spojrzeć na sytuację w około.
- Wylądowaliśmy - wszyscy usłyszeliśmy rozluźniony głos pilota. Odetchnęłam z ogromną ulgą, byłam nad wyraz szczęśliwa mimo, że nie miałam przy sobie.. Justina. Powoli odpięłam pas, zabierając swoje rzeczy wstałam udając się do wyjścia. Chciałam jak najprędzej opuścić ten samolot, który mógł doprowadzić do tragedii. Promienie słońca od razu rzucone na twarz oślepiły mnie totalnie. Wygrzebałam z torebki okulary przeciwsłoneczne i założyłam je na nos. Chwyciłam walizkę stojącą nieopodal i powolnym krokiem ruszyłam w stronę budynku lotniska. Tam znalazłam łazienkę, gdzie obmyłam twarz, bo na nic więcej nie mogłam liczyć, związałam włosy w wysokiego koka i wygrzebałam z walizki wygodny zestaw, w który przebrałam się w kabinie toaletowej. Zebrałam wszystkie swoje rzeczy i udałam się na plastikowe krzesełka, gdzie chciałam pomyśleć nad tym, co dalej zrobię. Gdy już znalazłam się na wyznaczonym miejscu wszystkie myśli uleciały, a ja nie mając pomysłu schowałam twarz w dłonie ze zmeczenia.
*
Jeszcze chwila Rose - szepnąłem sam do siebie stojąc w korku tuż przed lotniskiem w Washingtonie. Nerwowo chwyciłem telefon wybierając numer Ethana.
- Co jest? - rzucił zadowolony przyjaciel.
- Zaraz będę na miejscu, zadzwoń do niej i dowiedz, gdzie się dokładnie znajduje - wszystko mówiłem bardzo szybko.
- Jasne stary - po tych słowach rozłączył się, a ja powoli ruszyłem dalej.
*
Poczułam lekkie wibracje w tylnej kieszeni, więc szybko wyciągnęłam telefon uprzednio zerkając na wyświetlacz. Miałam jednak nadzieję, że dzwoni ktoś inny..
- Cześć Ethan - przywitałam się.
- Cześć Rose, wszystko w porządku? Tak się o Ciebie martwiłem - westchnął głośno.
- Tak, nic mi nie jest. Przynajmniej ktoś.. - powiedziałam szybko wzdychając.
- Nie tylko ja - wtrącił - A gdzie jesteś teraz?
- Obecnie siedzę na lotnisku w Washingtonie, a potem? Nie wiem, na pewno nie wsiądę do samolotu - lekko się zaśmiałam.
- No rozumiem Cię. Musiałabyś skołować jakiś autobus, czy coś - podsunął pomysł.
- Tak, masz rację. Na razie nie mam na nic siły. Muszę zadzwonić po taksówkę, znajdę jakiś hotel i odpocznę.
- To dobry plan. Przepraszam Rose, ale mam drugi telefon. Jeszcze dziś zadzwonię do Ciebie. Trzymaj się - rozłączył się, a ja na powrót opadłam na niewygodne krzesełko.
*
- I jak, wiesz coś? - spytałem.
- Nadal jest na lotnisku, tylko pospiesz się, bo chce wezwać taksówkę i jechać do hotelu - mówił przejęty.
- Jasne, dzięki - rozłączyłem się rzucając telefon na siedzenie. Właśnie wjeżdżałem na parking przy lotnisku. Gwałtownie zaparkowałem na pierwszym lepszym miejscu. Zebrałem najpotrzebniejsze rzeczy i wysiadłem z samochodu. Po drodze do wejścia zwichrzyłem włosy i wziąłem gumę do żucia.
Teraz liczyła się tylko ona. To dla niej tu przyjechałem. Troska o jej dobro była silniejsza. Szybkim krokiem przekroczyłem wejście idąc wzdłuż głównego holu. Uważnie rozglądałem się, by czasem nie przegapić drobnej blondynki.
*
- Tak, proszę taksówkę, na lotnisko - odparłam. Włożyłam telefon do torby, po czym wstałam chwytając w prawą dłoń walizkę. Prowadziłam ją powoli, bo zanim samochód się pojawi, minie gdzieś z 15 minut. Mierzyłam wzrokiem każdą napotkaną osobę mając wrażenie, że gdzieś, skądś je kojarzę. Ale to tylko zwykłe złudzenie - pomyślałam. Wszyscy się spieszyli, byli czymś zajęci, a ja? Nie miałam do czego się spieszyć. Nikt na mnie nie czekał. Oczy jak na złość się zaszkliły, nie byłam temu przeciwna. Mimo wszystko szłam dalej, jednak wszystko wokoło rozmazywało się pod wpływem łez zbierających się pod powiekami. Przyspieszyłam kroku i jak na złość na kogoś wpadłam. Delikatnie podniosłam wzrok przecierając oczy.
- Rosalie.. - szepnęła dobrze znana mi postać. Ten wzrok, włosy, zapach. Łzy w końcu wypłynęły. On tu był, szmat drogi od Londynu, ale tu był - dla mnie. Przyglądał mi się uważnie, a mnie nie było stać na nic więcej. Siedziałam spokojnie analizując każdy element jego twarzy, dobrze znanej mi twarzy. Przyłożył dłoń do mojej twarzy ocierając spływającą ciecz, która nie dawała za wygraną - Proszę, powiedz coś - poprosił gładząc mój policzek - Cokolwiek - siedziałam w bezruchu nie do końca świadoma co się teraz dzieje. Tak bardzo chciałam aby mnie przytulił, chciałam mieć go całego blisko siebie, więc dlaczego jeszcze tego nie powiedziałam?
- Po prostu bądź - westchnęłam chowając twarz w jego tors..
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
cześć, cześć, cześć dzióbaski :*
mam wielką nadzieję, że jeszcze to opowiadanie Wam się nie znudziło, że jeszcze macie ochotę je czytać.
Rozdział dedykowany wszystkim! dosłownie, dajecie mi siłę pomimo wszystko. Ciepłe słowa od Was są dla mnie czymś naprawdę ważnym. Dziękuję.
Tagi:
XVI
Mokra ciecz wydostająca się z oka dziewczyny płynęła co raz to bardziej. To śmieszne, jak nagle ze szczęśliwego człowieka może ulecieć szczęście i radość z życia. I to wszystko przez drugą osobę, do której czuje się coś niesamowcie silnego, co niszczy duszę. To tak, jakby druga osoba, powoli przypinała do serca, za pomocą szpilek karteczki z co raz to nowymi problemami. Jakie uczucie przy tym towarzyszy? Bezradność, ból i brak wiary w siebie.
Dziewczyna opierała się o parapet niewielkiego okna, raz po raz spoglądając na sytuację na zewnątrz. Ból w jej oczach malował się każdego dnia, prawie że nie znikał. Czuła się okropnie myśląc, jak potraktowała Ethana, przecież on chciał tylko pomóc. Wzięła do ręki telefon i szybkim ruchem palcy wybrała numer bruneta.
- Słucham - usłyszała przyjemny dla ucha głos.
- Przepraszam - głośno wypuściła powietrze.
- Nie ma sprawy, Rose - mogła przysiądz, że w tym momencie się uśmiechnął.
- Jest, zachowałam się jak skończona idiotka. Nie lubię niewyjaśnionych spraw - odparła.
- Wracasz? - spytał po chwili.
- Nie, dziś mam samolot do brata i mamy - mimowolnie uśmiechnęła się myśląc o pięciolatku. Postanowiła go odwiedzić już teraz, po co czekać kolejny tydzień do zakończenia roku szkolnego.
- A kiedy wrócisz? - kontynuował temat.
- Wiesz.. Jeszcze nad tym nie myślałam - zawahała się - O ile w ogóle wrócę - dodała.
- Jak to? - zdziwił się - Nie mów, że chcesz zostać z matką - westchnął.
- Nie ze względu na nią, tylko na Dylana - odpowiedziała szybko.
- Przemyślisz na spokojnie, nie podejmuj pochopnych decyzji.
- Tak, wiem - powiedziała krótko - To do zobaczenia Ethan - odparła przyjaźnie.
- Tak, do zobaczenia Rosalie - rozłączył się.
- Justin, tylko uważaj na siebie, jesteś osłabiony - powiedziała po raz kolejny dzisiaj mama.
- Dobrze mamo - westchnąłem przeciągle - Do zobaczenia - ucałowałem jej policzek, po czym wyszedłem z domu kierując się w stronę samochodu. Z piskiem opon wyjechałem na główną drogę. Kierowałem się na podany wcześniej przez Ethana adres, pod którym tymczasowo mieszkała Rosalie. Nie myślałem nad tym co jej powiem, gdy stanę z nią twarz w twarz. Czy przytulę ją z całych sił, po to by za moment połączyć nasze usta w całość? Czy jednak zacznę od tłumaczenia wszystkiego po kolei? Nie mam pojęcia, jednak wiem, że muszę, że warto, że kocham ją jak nikogo innego i to daję mi siłę sprzeciwić się wszystkiemu innemu.
Przemknęłam przez największy tłum zebrany na lotnisku. Kierowałam się w stronę odprawy, która przez chwilą się zaczęła. Wiedziałam, że ten wyjazd dobrze mi zrobi, że nie będę żałować. W sumie to żałuję czegoś, czego nie mogę w żaden sposób odkręcić.
- Pasażerowie lotu O16 do Nowego Yorku proszeni są na pokład - nerwowo zerwałam się z plastikowego krzesła pędząc w stronę wejścia. Po kilku minutach siedziałam wygodnie w samolotowym siedzeniu czekając na odlot. Moje myśli cały czas były zajęte Dylanem i jego reakcją na mój widok. Wiedziałam, że będzie się cieszył. Do uszu wsadziłam słuchawki, a zaraz po tym położyłam głowę na zagłówku. Sen przyszedł nadzwyczajnie szybko, ale nie stawiałam temu oporów.
Nerwowo odpiąłem pasy, po czym powoli wysiadłem z samochodu po cichu zamykając drzwi. Niepewnym krokiem ruszyłem w stronę wejścia do domu. Wziąłem głęboki wdech, niesamowicie się denerwowałem, jej reakcja była dla mnie jedną wielką niewiadomą. Ułożyłem dłoń w pięść i delikatnie zastukałem w drzwi. Minęło parę minut, nikt nie pojawił się w drzwiach. Może to zły adres - pomyślałem i zamaszystym ruchem wyjąłem z kieszeni telefon. Szesnaście nieodebranych połączeń od Ethana. Szybko wybrałem numer chłopaka.
- Stary, to chyba zły adres - westchnąłem.
- Nie Justin, ona wyjechała - rzucił. Czułem, jak co raz bardziej zbiera się we mnie złość i ponowna ochota rozwalenia czegoś. To dlatego tyle razy do mnie dzwonił, chciał mi to przekazać.
- Dokąd? - spytałem szybko.
- Do Nowego Yorku, do brata i matki - odparł - Poczekaj moment - powiedział jakby wystraszony. Chyba przyłożył telefon do radia, przez co mogłem słyszeć, co w nim ogłaszają.
- Właśnie dostaliśmy informację, że samolot z lotem O16 do Nowego Yorku przechodzi dosyć groźne turbulencje. Pilot uważa, że wina leży po stronie silnika. Na pokładzie znajduje się 40 pasażerów w młodym przedziale wiekowym. Samolot musi natychmiast lądować, bo inaczej może dojść do tragedii. Kolejna dawka informacji już o 18 - zamarłem.
- Ethan, czy to jest jej lot? - warknąłem.
- Tak - odpowiedział załamany.
- Proszę, zrób coś dla mnie. Informuj mnie na bieżąco co się dzieje, ja już tam jadę - biegiem wsiadłem do samochodu odpalając silnik.
- Jasne stary, powodzenia - rzucił na koniec.
Na liczniku 140. Nie zwalniałem, chciałem jak najprędzej dotrzeć na miejsce. Jechałem tak od 2 godzin. Już niedługo Rose, będę przy Tobie - pomyślałem. Rozmyślania przerwał dzwonek telefonu.
- Coś wiadomo? - szybko zapytałem.
- Powoli tracą kontakt z ziemią - podciągnął nosem, chyba płakał.
- Ethan do cholery, nie możesz się załamać, ona nas potrzebuje, to ona może niedługo zginąć, zrobię wszystko co w mojej mocy by przy niej teraz być - próbowałem zachować zimną krew.
- Przepraszam Justin, masz rację - podniósł ton głosu.
- Jakbyś coś wiedział, dzwoń - szybko się pożegnałem przycisnąwszy pedał gazu.
Wstrząsy były co raz intensywniejsze. Otaczający mnie ludzie panikowali, z resztą nie ma się co dziwić. A ja? Siedziałam czekając na to, co przyniesie czas, przecież już i tak nic nie zmienię. Może nawet lepiej byłoby umrzeć? Koniec z problemami, ze zmarwieniami. Tylko ile trzeba by było czekać za ukochaną osobą, gdy ona trafi do nieba.. Chcę żyć! Oczy zaszły łzami, które po chwili rozlały się po całych policzkach. Aksamitne dłonie stały się szorstkie i chłodne od zimna panującego a pokładzie. Czułam, jak wszystko traci sens, że są to ostatnie chwile marnego życia. Do sekcji oddzielającej nas od pilota weszła stewardessa. Z jej twarzy można było odczytać strach, a za razem trochę spokoju.
- Bardzo proszę zachować spokój. Już za moment będziemy awaryjnie lądować - po tych słowach niby emocje trochę opadły, jednak nadal czułam gulę w gardle, która w żaden sposób nie pomagała w uspokojeniu. Po chwili rozległ huk i ponowne wrzaski ludzi.
- Pasy! Proszę zapiąć pasy! - krzyczała stewardessa. Nerwowo chwyciłam pas i opasałam nim siebie tak jak należało. Mocno zacisnęłam powieki, z których nadal płynęły potoki łez. Kolejny huk, tym razem głośniejszy i bardziej przeraźliwy...
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
HiHo :>
przepraszam za 9 dni nieobecności ._.
a więc tak, akcja się rozwija, na razie jakiś tam pomysł stworzył się w mojej główce i mam nadzieję, że tam zostanie.
OGROMNE PODZIĘKOWANIA DLA WAS, kochane. To dzięki Wam mam siłę i pomysły na dalsze rozdziały. To dzięki Wam wchodzę tu codziennie doszukując się nowej opinii o blogu.
Loveme1614; Sickofyou; thatbeeasy; pricetag; maggie15; SwagShawty; justa ;d; kasia24209; morelove; onedirectionforever ♥.♥
+ Paradisex3 - o ile to przeczytasz, to życzę Tobie zdrowia, bo coś pisałaś, że nie pozwala napisać rozdziału, powrotu weny i ładu w życiu. Jeśli chcesz, zacznij pisać nowe opowiadanie, ja każde będę uwielbiać, jestem pewna że reszta Twoich czytelniczek również :*
*
Dziewczyna opierała się o parapet niewielkiego okna, raz po raz spoglądając na sytuację na zewnątrz. Ból w jej oczach malował się każdego dnia, prawie że nie znikał. Czuła się okropnie myśląc, jak potraktowała Ethana, przecież on chciał tylko pomóc. Wzięła do ręki telefon i szybkim ruchem palcy wybrała numer bruneta.
- Słucham - usłyszała przyjemny dla ucha głos.
- Przepraszam - głośno wypuściła powietrze.
- Nie ma sprawy, Rose - mogła przysiądz, że w tym momencie się uśmiechnął.
- Jest, zachowałam się jak skończona idiotka. Nie lubię niewyjaśnionych spraw - odparła.
- Wracasz? - spytał po chwili.
- Nie, dziś mam samolot do brata i mamy - mimowolnie uśmiechnęła się myśląc o pięciolatku. Postanowiła go odwiedzić już teraz, po co czekać kolejny tydzień do zakończenia roku szkolnego.
- A kiedy wrócisz? - kontynuował temat.
- Wiesz.. Jeszcze nad tym nie myślałam - zawahała się - O ile w ogóle wrócę - dodała.
- Jak to? - zdziwił się - Nie mów, że chcesz zostać z matką - westchnął.
- Nie ze względu na nią, tylko na Dylana - odpowiedziała szybko.
- Przemyślisz na spokojnie, nie podejmuj pochopnych decyzji.
- Tak, wiem - powiedziała krótko - To do zobaczenia Ethan - odparła przyjaźnie.
- Tak, do zobaczenia Rosalie - rozłączył się.
*
- Justin, tylko uważaj na siebie, jesteś osłabiony - powiedziała po raz kolejny dzisiaj mama.
- Dobrze mamo - westchnąłem przeciągle - Do zobaczenia - ucałowałem jej policzek, po czym wyszedłem z domu kierując się w stronę samochodu. Z piskiem opon wyjechałem na główną drogę. Kierowałem się na podany wcześniej przez Ethana adres, pod którym tymczasowo mieszkała Rosalie. Nie myślałem nad tym co jej powiem, gdy stanę z nią twarz w twarz. Czy przytulę ją z całych sił, po to by za moment połączyć nasze usta w całość? Czy jednak zacznę od tłumaczenia wszystkiego po kolei? Nie mam pojęcia, jednak wiem, że muszę, że warto, że kocham ją jak nikogo innego i to daję mi siłę sprzeciwić się wszystkiemu innemu.
*
Przemknęłam przez największy tłum zebrany na lotnisku. Kierowałam się w stronę odprawy, która przez chwilą się zaczęła. Wiedziałam, że ten wyjazd dobrze mi zrobi, że nie będę żałować. W sumie to żałuję czegoś, czego nie mogę w żaden sposób odkręcić.
- Pasażerowie lotu O16 do Nowego Yorku proszeni są na pokład - nerwowo zerwałam się z plastikowego krzesła pędząc w stronę wejścia. Po kilku minutach siedziałam wygodnie w samolotowym siedzeniu czekając na odlot. Moje myśli cały czas były zajęte Dylanem i jego reakcją na mój widok. Wiedziałam, że będzie się cieszył. Do uszu wsadziłam słuchawki, a zaraz po tym położyłam głowę na zagłówku. Sen przyszedł nadzwyczajnie szybko, ale nie stawiałam temu oporów.
*
Nerwowo odpiąłem pasy, po czym powoli wysiadłem z samochodu po cichu zamykając drzwi. Niepewnym krokiem ruszyłem w stronę wejścia do domu. Wziąłem głęboki wdech, niesamowicie się denerwowałem, jej reakcja była dla mnie jedną wielką niewiadomą. Ułożyłem dłoń w pięść i delikatnie zastukałem w drzwi. Minęło parę minut, nikt nie pojawił się w drzwiach. Może to zły adres - pomyślałem i zamaszystym ruchem wyjąłem z kieszeni telefon. Szesnaście nieodebranych połączeń od Ethana. Szybko wybrałem numer chłopaka.
- Stary, to chyba zły adres - westchnąłem.
- Nie Justin, ona wyjechała - rzucił. Czułem, jak co raz bardziej zbiera się we mnie złość i ponowna ochota rozwalenia czegoś. To dlatego tyle razy do mnie dzwonił, chciał mi to przekazać.
- Dokąd? - spytałem szybko.
- Do Nowego Yorku, do brata i matki - odparł - Poczekaj moment - powiedział jakby wystraszony. Chyba przyłożył telefon do radia, przez co mogłem słyszeć, co w nim ogłaszają.
- Właśnie dostaliśmy informację, że samolot z lotem O16 do Nowego Yorku przechodzi dosyć groźne turbulencje. Pilot uważa, że wina leży po stronie silnika. Na pokładzie znajduje się 40 pasażerów w młodym przedziale wiekowym. Samolot musi natychmiast lądować, bo inaczej może dojść do tragedii. Kolejna dawka informacji już o 18 - zamarłem.
- Ethan, czy to jest jej lot? - warknąłem.
- Tak - odpowiedział załamany.
- Proszę, zrób coś dla mnie. Informuj mnie na bieżąco co się dzieje, ja już tam jadę - biegiem wsiadłem do samochodu odpalając silnik.
- Jasne stary, powodzenia - rzucił na koniec.
Na liczniku 140. Nie zwalniałem, chciałem jak najprędzej dotrzeć na miejsce. Jechałem tak od 2 godzin. Już niedługo Rose, będę przy Tobie - pomyślałem. Rozmyślania przerwał dzwonek telefonu.
- Coś wiadomo? - szybko zapytałem.
- Powoli tracą kontakt z ziemią - podciągnął nosem, chyba płakał.
- Ethan do cholery, nie możesz się załamać, ona nas potrzebuje, to ona może niedługo zginąć, zrobię wszystko co w mojej mocy by przy niej teraz być - próbowałem zachować zimną krew.
- Przepraszam Justin, masz rację - podniósł ton głosu.
- Jakbyś coś wiedział, dzwoń - szybko się pożegnałem przycisnąwszy pedał gazu.
*
Wstrząsy były co raz intensywniejsze. Otaczający mnie ludzie panikowali, z resztą nie ma się co dziwić. A ja? Siedziałam czekając na to, co przyniesie czas, przecież już i tak nic nie zmienię. Może nawet lepiej byłoby umrzeć? Koniec z problemami, ze zmarwieniami. Tylko ile trzeba by było czekać za ukochaną osobą, gdy ona trafi do nieba.. Chcę żyć! Oczy zaszły łzami, które po chwili rozlały się po całych policzkach. Aksamitne dłonie stały się szorstkie i chłodne od zimna panującego a pokładzie. Czułam, jak wszystko traci sens, że są to ostatnie chwile marnego życia. Do sekcji oddzielającej nas od pilota weszła stewardessa. Z jej twarzy można było odczytać strach, a za razem trochę spokoju.
- Bardzo proszę zachować spokój. Już za moment będziemy awaryjnie lądować - po tych słowach niby emocje trochę opadły, jednak nadal czułam gulę w gardle, która w żaden sposób nie pomagała w uspokojeniu. Po chwili rozległ huk i ponowne wrzaski ludzi.
- Pasy! Proszę zapiąć pasy! - krzyczała stewardessa. Nerwowo chwyciłam pas i opasałam nim siebie tak jak należało. Mocno zacisnęłam powieki, z których nadal płynęły potoki łez. Kolejny huk, tym razem głośniejszy i bardziej przeraźliwy...
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
HiHo :>
przepraszam za 9 dni nieobecności ._.
a więc tak, akcja się rozwija, na razie jakiś tam pomysł stworzył się w mojej główce i mam nadzieję, że tam zostanie.
OGROMNE PODZIĘKOWANIA DLA WAS, kochane. To dzięki Wam mam siłę i pomysły na dalsze rozdziały. To dzięki Wam wchodzę tu codziennie doszukując się nowej opinii o blogu.
Loveme1614; Sickofyou; thatbeeasy; pricetag; maggie15; SwagShawty; justa ;d; kasia24209; morelove; onedirectionforever ♥.♥
+ Paradisex3 - o ile to przeczytasz, to życzę Tobie zdrowia, bo coś pisałaś, że nie pozwala napisać rozdziału, powrotu weny i ładu w życiu. Jeśli chcesz, zacznij pisać nowe opowiadanie, ja każde będę uwielbiać, jestem pewna że reszta Twoich czytelniczek również :*
Tagi:
XV
Przerzuciłam już po raz drugi dzisiaj stertę porozwalanych ubrań szukając ulubionych spodni. Minęły dopiero 4 dni, jednak nie wniosły one żadnych zmian. Stan, którego tak chciałam się pozbyć nadal trwał. Wciąż nie wiem co u Justina, jak się ma, co porabia. Dał sobie już pewnie spokój, może właśnie teraz siedzi z Alex obejmując ją ramieniem szepcze słodkie słówka. Chcę pełnych warg zostawiających lekkie muśnięcie tuż za uchem, które powodują dreszcz przebiegający po całej linii kręgosłupa. Chcę cichego szeptu i grubo zawyżonego poziomu endorfin, dającego odczuć się nawet w palcach u stóp. Chcę go mieć, tu i teraz, już na zawsze.
- Justin - szepnęła mama, czule gładząc moją dłoń. Delikatnie otworzyłem oczy, jednak jasność panująca w pokoju zmuszała je do ponownego zamknięcia - Kochanie już wszystko dobrze - dopowiedziała.
- Co się stało? - zebrałem siły na podniesienie powiek.
- Potrącił Cię samochód. Dziecko, mogłeś uważać - westchnęła krzyżując dłonie na piersiach.
- Tak, tak - rzuciłem obojętnie - Czy była tu może drobna blondynka? - spytałem po chwili mając nadzieję, że nadal jej na mnie zależy. Że te parę dni nie zmieniło aż tak w naszym życiorysie.. Kobieta pokiwiała przecząco głową, przybierając dziwny grymas na twarzy. Wiedziałem, że nie mam już na co liczyć.
Cały dzień szukałam mojego telefonu. Za żadne skarby nie mogłam go znaleźć. Przepadł jak kamień w wodę. Z resztą, co mi zależy, pewnie i tak nikt nie próbował się ze mną skontaktować czy chociaż znaleźć. Schyliłam się do podłogi, by sprawdzić czy czasem nie leży pod łóżkiem. Tak, leżał na wyciągnięcie ręki. Przez głowę przeszedł mnie potworny ból niszcząc każdą komórkę. Takie przynajmniej miałam wrażenie. Chwyciłam za nią nadzwyczajnie zimną ręką, co najwidoczniej pomagało, bo po kilku chwilach ból ustąpił. Zamaszystym ruchem chwyciłam telefon siadając na rogu dwuosobowego łóżka. Po uruchomieniu zasypała mnie sterta sms'ów. Kilkanaście nieodebrancyh połączeń od Ethana, mamy i.. Justina? To wywołało dziwny uśmieszek na mojej twarzy. W tym samym momencie komórka zaczęła wibrować, a na wyświetlaczu widniało przychodzące połączenie od Ethana.
- Słucham - powiedziałam zachrypniętym głosem.
- Rosali gdzie jesteś? Tak sie martwiłem - westchnął przeciągle.
- Musiałam wyjechać - przechadzałam się zdenerwowanie po pokoju.
- Justin jest w szpitalu - przerwał ciszę panującą między nami od dobrych kilku minut. Zamarłam. Przez głowę przechodziły mi najgorsze scenariusze.
- Co się stało? - szepnęłam.
- Potrącił go samochód - odpowiedział - Nic poważnego mu nie jest - dodał wyprzedzając kolejne pytanie.
- To najważniejsze - odetchnęłam z ulgą.
- To wrak człowieka Rosalie - powiedział - Kompletnie sobie nie radzi. Jakieś trzy dni temu widziałem go w parku popijającego wino. Kochacie się przecież, musicie być razem - unsiósł głos.
- Ty nic nie rozumiesz - westchnęłam - To nie jest takie proste jak się wydaje.
- Wytłumacz mi to, proszę - poprosił.
- Wolałabym nie przez telefon.
- Gdzie jesteś? Zaraz tam będę - szybko powiedział. Po długiej namowie podałam mu dokładny adres.
Po skończonej rozmowie szybko wzięłam się za porządki. Przez te kilka ostatnich dni zdążyłam doprowadzić domek do ruiny. Po posprzątaniu wzięłam szybki prysznic i ubrałam wybrany zestaw. Nie chciałam by widział mnie z podkrążonymi od płaczu i zmęczenia oczyma, dlatego nałożyłam podkład na twarz. Nim się spostrzegłam usłyszałam pukanie do drzwi. Powolonymi ruchami wpuściłam Ethana do środka. Ten na powitanie mocno mnie przytulił dając tym samym trochę otuchy. Rozsiedliśmy się na niewielkiej sofie.
- To mów - zaczął, a ja głośno przełknęłam ślinę.
- Wtedy, na balu Justin powiedział co do mnie czuje. Oczywiste jest to, że odwzajemniam to jednak jak skończona idiotka mu odmówiłam. Dokładnie nie wiem dlaczego, może po prostu lubię sobie utrudniać życie - czułam jak powoli w oczach gromadzi się wodospad łez, który lada chwila wypłynie - Po pewnym czasie nie wytrzymałam presji z jaką żyłam. Wyznałam mu wszystko co we mnie siedzi, a on? To sam dobrze wiesz - dyskretnie wytarłam pierwszą łzę spływającą po policzku. Patrzył na mnie z taką litością, żalem, że nie wytrzymałam. Rozpłakałam się.
- Szczerze Rose? Zachował się jak skończony idiota, przyznam. Jednak to, w jakim stanie się znajdujecie, a sama wiesz, jest źle, to wierzę w to, że będziecie razem. Ty kochasz jego, on kocha Ciebie i nic, ani nikt tego nie zmieni - pogładził mnie bo plecach.
- Ale powiedz mi, dlaczego to właśnie ja muszę tak cierpieć? Mam dość życia.. - schowałam twarz dłonie dając upust emocjom.
- Nie Rosalie, tak nie możesz mówić - jego ton głosu się zmienił, mówił znacznie głośniej - Nie pozwalam Ci, rozumiesz? - lekko mną potrząsnął. Nie odezwałam się, nie znalazłam na to sił - Rosalie! - wykrzyczał na cały domek. Delikatnie uniosłam wzrok, spotykając na drodze jego oczy - Obiecaj, że nic głupiego nie zrobisz - powiedział nieco ciszej.
- Obiecuję - odpowiedziałam po chwili. Słysząc to ponownie mnie przytulił. Delikatnie mną bujał, prowadząc do uspokojenia, które lada chwila miało przyjść.
- Płaczesz tylko dlatego bo nie wiesz co robić, nie wiesz co się z wami stało i najważniejsze, co będzie dalej - zaczął monolog, bo ja nie miałam zamiaru się odezwać - Ale uwierz mi na słowo, już niedługo wszystko się ułoży, będziecie razem, ja już się o to postaram - ostatnie słowa wypowiedział nieco cieszej. Zdenerwowało mnie to, te całe pocieszenie, bo przecież każdy wie, że do niczego to prowadzi. Gwałtownie oderwałam się od niego, oddalając o prawie dwa metry.
- Wyjdź - warknęłam nagle. Ethan spojrzał na mnie zdziwiony - No nie słyszysz! Wynoś się - krzyknęłam przez łzy. Ten posłusznie wstał, otworzył drzwi i jeszcze na moment się odwrócił w moim kierunku.
- I tak Ci pomogę - delikatnie się uśmiechnął wychodząc już z pomieszczenia.
- Stary, musimy pogadać - usłyszałem głos Ethana wchodzącego do sali.
- Nie mam ochoty - prychnąłem.
- Tak? To pewnie nie chcesz wiedzieć gdzie jest Rosalie i jak się ma - delikatnie sie obrócił zmierzając już w stronę drzwi.
- Stój! - uniosłem się - Proszę, powiedz co u niej - przymiliłem się.
- Zamieszkała tymczasowo na obrzeżach miasta - zaczął siadając na krześle stojącym przy łóżku - To wrak człowieka Justin - westchnął - Tak samo jak Ty. Coś Ty narobił? Przecież mogliście być tacy szczęśliwi razem - dał nacisk na słowo 'razem' - Oboje sobie nie radzicie, nawet nie wiesz jak to widać, a co do tego mam ja? Otóż chcę wam pomóc bo jak widać sami nie potraficie tego załatwić - skończył.
- Nie Ethan, to nie tak. Po prostu po tym jak ją potraktowałem nie mam odwagi spojrzeć jej w oczy. Tak bardzo bym chciał, ale nie potrafię - odparłem.
- Zależy Ci na niej? - spytał nagle.
- To oczywiste, jak na nikim innym - spojrzałem na chłopaka.
- To powalcz o nią do jasnej cholery, niech widzi, że nadal są jakieś szanse. Bo jak na razie tylko wmawia sobie, że to już się skończyło, że Ty delikatnie mówiąc masz ją gdzieś.
- Wiesz przecież, że to nieprawda - podniosłem głos.
- Ja wiem, ale ona nie bardzo. Z tym Cię zostawiam, mam nadzieję, że zaczniesz działać - wstał i wyciągnął w moim kierunku rękę, którą chętnie uścisnąłem.
- Dzięki stary - szepnąłem na pożegnanie.
On miał rację. Muszę jak najszybciej zacząć działać, bo już niedługo może być za późno. Kocham ją z całego serca, całym sobą. Już jutro pojadę do niej, zdobędę się na odwagę, przezwyciężę nieśmiałość, bo ONA JEST TEGO WARTA..
- - - - - - - - - - - - - -
:< :< :< :< :<
masło maślane, przepraszam was :*
*
- Justin - szepnęła mama, czule gładząc moją dłoń. Delikatnie otworzyłem oczy, jednak jasność panująca w pokoju zmuszała je do ponownego zamknięcia - Kochanie już wszystko dobrze - dopowiedziała.
- Co się stało? - zebrałem siły na podniesienie powiek.
- Potrącił Cię samochód. Dziecko, mogłeś uważać - westchnęła krzyżując dłonie na piersiach.
- Tak, tak - rzuciłem obojętnie - Czy była tu może drobna blondynka? - spytałem po chwili mając nadzieję, że nadal jej na mnie zależy. Że te parę dni nie zmieniło aż tak w naszym życiorysie.. Kobieta pokiwiała przecząco głową, przybierając dziwny grymas na twarzy. Wiedziałem, że nie mam już na co liczyć.
*
Cały dzień szukałam mojego telefonu. Za żadne skarby nie mogłam go znaleźć. Przepadł jak kamień w wodę. Z resztą, co mi zależy, pewnie i tak nikt nie próbował się ze mną skontaktować czy chociaż znaleźć. Schyliłam się do podłogi, by sprawdzić czy czasem nie leży pod łóżkiem. Tak, leżał na wyciągnięcie ręki. Przez głowę przeszedł mnie potworny ból niszcząc każdą komórkę. Takie przynajmniej miałam wrażenie. Chwyciłam za nią nadzwyczajnie zimną ręką, co najwidoczniej pomagało, bo po kilku chwilach ból ustąpił. Zamaszystym ruchem chwyciłam telefon siadając na rogu dwuosobowego łóżka. Po uruchomieniu zasypała mnie sterta sms'ów. Kilkanaście nieodebrancyh połączeń od Ethana, mamy i.. Justina? To wywołało dziwny uśmieszek na mojej twarzy. W tym samym momencie komórka zaczęła wibrować, a na wyświetlaczu widniało przychodzące połączenie od Ethana.
- Słucham - powiedziałam zachrypniętym głosem.
- Rosali gdzie jesteś? Tak sie martwiłem - westchnął przeciągle.
- Musiałam wyjechać - przechadzałam się zdenerwowanie po pokoju.
- Justin jest w szpitalu - przerwał ciszę panującą między nami od dobrych kilku minut. Zamarłam. Przez głowę przechodziły mi najgorsze scenariusze.
- Co się stało? - szepnęłam.
- Potrącił go samochód - odpowiedział - Nic poważnego mu nie jest - dodał wyprzedzając kolejne pytanie.
- To najważniejsze - odetchnęłam z ulgą.
- To wrak człowieka Rosalie - powiedział - Kompletnie sobie nie radzi. Jakieś trzy dni temu widziałem go w parku popijającego wino. Kochacie się przecież, musicie być razem - unsiósł głos.
- Ty nic nie rozumiesz - westchnęłam - To nie jest takie proste jak się wydaje.
- Wytłumacz mi to, proszę - poprosił.
- Wolałabym nie przez telefon.
- Gdzie jesteś? Zaraz tam będę - szybko powiedział. Po długiej namowie podałam mu dokładny adres.
Po skończonej rozmowie szybko wzięłam się za porządki. Przez te kilka ostatnich dni zdążyłam doprowadzić domek do ruiny. Po posprzątaniu wzięłam szybki prysznic i ubrałam wybrany zestaw. Nie chciałam by widział mnie z podkrążonymi od płaczu i zmęczenia oczyma, dlatego nałożyłam podkład na twarz. Nim się spostrzegłam usłyszałam pukanie do drzwi. Powolonymi ruchami wpuściłam Ethana do środka. Ten na powitanie mocno mnie przytulił dając tym samym trochę otuchy. Rozsiedliśmy się na niewielkiej sofie.
- To mów - zaczął, a ja głośno przełknęłam ślinę.
- Wtedy, na balu Justin powiedział co do mnie czuje. Oczywiste jest to, że odwzajemniam to jednak jak skończona idiotka mu odmówiłam. Dokładnie nie wiem dlaczego, może po prostu lubię sobie utrudniać życie - czułam jak powoli w oczach gromadzi się wodospad łez, który lada chwila wypłynie - Po pewnym czasie nie wytrzymałam presji z jaką żyłam. Wyznałam mu wszystko co we mnie siedzi, a on? To sam dobrze wiesz - dyskretnie wytarłam pierwszą łzę spływającą po policzku. Patrzył na mnie z taką litością, żalem, że nie wytrzymałam. Rozpłakałam się.
- Szczerze Rose? Zachował się jak skończony idiota, przyznam. Jednak to, w jakim stanie się znajdujecie, a sama wiesz, jest źle, to wierzę w to, że będziecie razem. Ty kochasz jego, on kocha Ciebie i nic, ani nikt tego nie zmieni - pogładził mnie bo plecach.
- Ale powiedz mi, dlaczego to właśnie ja muszę tak cierpieć? Mam dość życia.. - schowałam twarz dłonie dając upust emocjom.
- Nie Rosalie, tak nie możesz mówić - jego ton głosu się zmienił, mówił znacznie głośniej - Nie pozwalam Ci, rozumiesz? - lekko mną potrząsnął. Nie odezwałam się, nie znalazłam na to sił - Rosalie! - wykrzyczał na cały domek. Delikatnie uniosłam wzrok, spotykając na drodze jego oczy - Obiecaj, że nic głupiego nie zrobisz - powiedział nieco ciszej.
- Obiecuję - odpowiedziałam po chwili. Słysząc to ponownie mnie przytulił. Delikatnie mną bujał, prowadząc do uspokojenia, które lada chwila miało przyjść.
- Płaczesz tylko dlatego bo nie wiesz co robić, nie wiesz co się z wami stało i najważniejsze, co będzie dalej - zaczął monolog, bo ja nie miałam zamiaru się odezwać - Ale uwierz mi na słowo, już niedługo wszystko się ułoży, będziecie razem, ja już się o to postaram - ostatnie słowa wypowiedział nieco cieszej. Zdenerwowało mnie to, te całe pocieszenie, bo przecież każdy wie, że do niczego to prowadzi. Gwałtownie oderwałam się od niego, oddalając o prawie dwa metry.
- Wyjdź - warknęłam nagle. Ethan spojrzał na mnie zdziwiony - No nie słyszysz! Wynoś się - krzyknęłam przez łzy. Ten posłusznie wstał, otworzył drzwi i jeszcze na moment się odwrócił w moim kierunku.
- I tak Ci pomogę - delikatnie się uśmiechnął wychodząc już z pomieszczenia.
*
- Stary, musimy pogadać - usłyszałem głos Ethana wchodzącego do sali.
- Nie mam ochoty - prychnąłem.
- Tak? To pewnie nie chcesz wiedzieć gdzie jest Rosalie i jak się ma - delikatnie sie obrócił zmierzając już w stronę drzwi.
- Stój! - uniosłem się - Proszę, powiedz co u niej - przymiliłem się.
- Zamieszkała tymczasowo na obrzeżach miasta - zaczął siadając na krześle stojącym przy łóżku - To wrak człowieka Justin - westchnął - Tak samo jak Ty. Coś Ty narobił? Przecież mogliście być tacy szczęśliwi razem - dał nacisk na słowo 'razem' - Oboje sobie nie radzicie, nawet nie wiesz jak to widać, a co do tego mam ja? Otóż chcę wam pomóc bo jak widać sami nie potraficie tego załatwić - skończył.
- Nie Ethan, to nie tak. Po prostu po tym jak ją potraktowałem nie mam odwagi spojrzeć jej w oczy. Tak bardzo bym chciał, ale nie potrafię - odparłem.
- Zależy Ci na niej? - spytał nagle.
- To oczywiste, jak na nikim innym - spojrzałem na chłopaka.
- To powalcz o nią do jasnej cholery, niech widzi, że nadal są jakieś szanse. Bo jak na razie tylko wmawia sobie, że to już się skończyło, że Ty delikatnie mówiąc masz ją gdzieś.
- Wiesz przecież, że to nieprawda - podniosłem głos.
- Ja wiem, ale ona nie bardzo. Z tym Cię zostawiam, mam nadzieję, że zaczniesz działać - wstał i wyciągnął w moim kierunku rękę, którą chętnie uścisnąłem.
- Dzięki stary - szepnąłem na pożegnanie.
On miał rację. Muszę jak najszybciej zacząć działać, bo już niedługo może być za późno. Kocham ją z całego serca, całym sobą. Już jutro pojadę do niej, zdobędę się na odwagę, przezwyciężę nieśmiałość, bo ONA JEST TEGO WARTA..
- - - - - - - - - - - - - -
:< :< :< :< :<
masło maślane, przepraszam was :*
Tagi:
XIV
Ciepło oplatające moja twarz nad wyraz ją pieściło. Czułam się wspaniale pomimo nieopisanego bólu ogarniającego głowę, brzuch, ręce.. wszystko. Czułam już kiedyś coś takiego, tylko w mniejszym stopniu. Chęć otworzenia oczu blokowały mi ciężkie powieki jak i jasność panująca w pomieszczeniu. Przełomowy moment nastąpił po upływie pięciu minut. Byłam zmuszona na powrót je przymknąć...
Błoga cisza. To wszystko. Nikogo nie było, nikt nie czekał na to aż się wybudzę. Z resztą, czego ja się spodziewałam. Że niby co? Zobaczę Justina siedzącego przy łóżku, trzymającego mnie za dłoń, że zobaczę czekoladowy odcień tęczówek, że powtórnie w nich utonę? Tak, tego się spodziewałam, ale jak widać znów się pomyliłam.
Przyznam się. Stchórzyłem. Nie byłem w stanie spojrzeć w piękne, brązowe oczy które nad wyraz kochałem.. Wszystkie krzywdy, każdy ból który jej zadałem jest niewyobrażalnie wielki, frajer..
- Justin słuchasz mnie? - spytała poddenerwowana mama.
- Coś mówiłaś? - spytałem dynamicznie machając głową.
- Pytałam, czy nie poszedłbyś zrobić zakupów - westchnęła.
- Jasne - rzuciłem ubierając już lewego buta. Podała mi kartkę i pieniądze. W drodze do marketu przewinęło się kilka osób, jednak nie zwracałem uwagi na żadną postać. Może po prostu bałem się, że spotkam gdzieś między nimi Rosalie, że wtedy stracę nad sobą panowanie. Rzucę się na nią i już nigdy nie wypuszczę z ramion. Pragnienie szczęścia dla drugiego człowieka, chęć bycia przy nim dzień i noc, pocieszenie, wysłuchanie w trudnych chwilach.. Tak to nazywamy miłością, która być może nigdy nie ujrzy już światła dziennego.
Wkładałem do koszyka pojedyńcze produkty zapisane na kartce i bez dłuższego zastanowienia udałem się do kasy. Kolejka była ogromna. Przede mną stała jakas starsza pani a tuż przed nią.. blondynka, szczupła, idealnie ułożone włosy. Momentalnie rozszerzyły mi się źrenice, niewyobrażalnie chciałem podejść do niej i ją przytulić. I gdybym miał silną wolę to pewnie bym tego nie zrobił. Delikatnie objąłem dłońmi jej ramiona. Dziewczyna obróciła się.. Tym samym wyszedłem na idiotę, bo to nie była Rose.
- Przepraszam, pomyliłem Cię z kimś - lekko się uśmiechnąłem cofając do swojego miejsca w kolejce.
Walizka spakowana. Postanowiłam na jakiś czas wyjechać, poukładać co nieco. Myślę, że to dobrze na mnie zadziała. Wynajęłam już domek na obrzeżach Londynu. Myślę, że to dobry początek godzenia się z obecnym stanem. Stanem, w którym nie ma Justina - jako przyjaciela i jako mojej miłości. Stan, którego nienawidzę. Zapakowałam bagaż do samochodu uprzednio zamykając szczelnie dom. Przed samym odjazdem wstąpiłam na pocztę, gdzie kupiłam znaczek i wpisałam imię i nazwisko adresata.
Wsiadłam do samochodu odjeżdżając z piskiem opon. Przed oczami rozmazywały się inne pojazdy poruszające się po drodze, jak różne budynki. Do celu trasy miałam jakieś 50 kilometrów, nie było to zbytnio oddalone miejsce, jednak idealne na przemyślenia i samotność.
- Justin! - obudziło mnie wołanie.
- Czego? - krzyknąłem przeciągając się.
- Przyszedł list do Ciebie - powiedziała normalnym tonem wchodząc do pokoju. Położyła list na półce, po czym zaczęła sprzątać mój pokój. Od niechcenia wziąłem kartkę do ręki od razu poznając pismo. Jedno imię i jedna osoba chodziła mi po głowie. Łapczynie rozerwałem miejsce sklejenia otwierając zawartość. Oczom ukazała się niewielka kartka, na której Rosalie coś napisała.
'' Nie ma Cię. Przepadłeś. Nie mam pojęcia co u Ciebie, nie wiem jak się czujesz, jak układa się życie. Największym błędem jaki popełniłam było nieprzyznanie się do swoich uczuć. To właśnie przez to zniszczyłam naszą przyjaźń, wszystko co było między nami. Z całego serca przepraszam, że przeze mnie, głupią dziewczynę cierpisz i ja przy okazji również. Przepraszam, że wciągnęłam Cię w tą znajomość, że rozkochałam do granic możliwości. Przepraszam, że nie wyobrażam sobie życie bez Ciebie. Może i Twoje uczucie do mnie wygasło, a może jednak jest mała iskierka... Tego nie wiem, nie rozmawiamy, a tak bardzo potrzebuję rozmowy z Tobą. Mijamy się jak dwie nieznajome osoby. A to tak cholernie boli. Już niedługo zniknę z Twojego życia raz na zawsze. Przepraszam, że kocham..''
Schowałem twarz w dłonie dając upust emocjom. Łzy samowolnie płynęły, nawet nie starałem się ich zatrzymać. O czym chodziło jej w przedostatnim zdaniu? Miałem nadzieję, że nic czego mogłaby żałować.. Rosalie, moja mała, słodka Rosalie. Cierpi, nawet bardziej ode mnie. Życie jest niesprawiedliwe, to mnie powinno dać w kość, a nie bezbronnej dziewczynie, która i tak ma we wszystkim pod górkę. Wyrzuty sumienia to jedna z najgorszych rzeczy, która temu towarzyszy.
Zerwałem się z łóżka, zakładając buty wybiegłem na dwór kierując się w stronę jej domu. Nie miałem planu na to wszystko, co powiem gdy ją spotkam, jak się zachowam jednak wiedziałem, że to ostatnia chwila, że już niedługo może być za późno. Pukałem, dzwoniłem, waliłem w drzwi ale nic, głucha cisza. Spóźniłem się? Możliwe...
Wyciągnąłem z kieszeni telefon wybierając jej numer przyłożyłem do ucha. Jeden, drugi, trzeci sygnał.
- Cześć, tu Rose, zostaw wiadomość a postaram się oddzwonić - jedyne co usłyszałem to nagranie się na pocztę głosową. Złość, jaka mnie ogarnęła była nie do opisania. Miałem ochotę coś rozwalić, w coś uderzyć, wyładować swój gniew. Stanęło na doniczce stojącej przy drzwiach. Szybkim krokiem ruszyłem w stronę domu. Przechodząc przez ulicę poczułem silne uderzenie, a potem? Straciłem kontakt z rzeczywistością...
- - - - - - - - - - - - - - -
Przepraszam, że tak długo :o
Nie miałam weny :|
ten też jest do dupy, ani ładu ani składu,
ale chciałam coś dodać :>
do napisania dzióbki kochane ♥
Błoga cisza. To wszystko. Nikogo nie było, nikt nie czekał na to aż się wybudzę. Z resztą, czego ja się spodziewałam. Że niby co? Zobaczę Justina siedzącego przy łóżku, trzymającego mnie za dłoń, że zobaczę czekoladowy odcień tęczówek, że powtórnie w nich utonę? Tak, tego się spodziewałam, ale jak widać znów się pomyliłam.
*
Przyznam się. Stchórzyłem. Nie byłem w stanie spojrzeć w piękne, brązowe oczy które nad wyraz kochałem.. Wszystkie krzywdy, każdy ból który jej zadałem jest niewyobrażalnie wielki, frajer..
- Justin słuchasz mnie? - spytała poddenerwowana mama.
- Coś mówiłaś? - spytałem dynamicznie machając głową.
- Pytałam, czy nie poszedłbyś zrobić zakupów - westchnęła.
- Jasne - rzuciłem ubierając już lewego buta. Podała mi kartkę i pieniądze. W drodze do marketu przewinęło się kilka osób, jednak nie zwracałem uwagi na żadną postać. Może po prostu bałem się, że spotkam gdzieś między nimi Rosalie, że wtedy stracę nad sobą panowanie. Rzucę się na nią i już nigdy nie wypuszczę z ramion. Pragnienie szczęścia dla drugiego człowieka, chęć bycia przy nim dzień i noc, pocieszenie, wysłuchanie w trudnych chwilach.. Tak to nazywamy miłością, która być może nigdy nie ujrzy już światła dziennego.
Wkładałem do koszyka pojedyńcze produkty zapisane na kartce i bez dłuższego zastanowienia udałem się do kasy. Kolejka była ogromna. Przede mną stała jakas starsza pani a tuż przed nią.. blondynka, szczupła, idealnie ułożone włosy. Momentalnie rozszerzyły mi się źrenice, niewyobrażalnie chciałem podejść do niej i ją przytulić. I gdybym miał silną wolę to pewnie bym tego nie zrobił. Delikatnie objąłem dłońmi jej ramiona. Dziewczyna obróciła się.. Tym samym wyszedłem na idiotę, bo to nie była Rose.
- Przepraszam, pomyliłem Cię z kimś - lekko się uśmiechnąłem cofając do swojego miejsca w kolejce.
*
Walizka spakowana. Postanowiłam na jakiś czas wyjechać, poukładać co nieco. Myślę, że to dobrze na mnie zadziała. Wynajęłam już domek na obrzeżach Londynu. Myślę, że to dobry początek godzenia się z obecnym stanem. Stanem, w którym nie ma Justina - jako przyjaciela i jako mojej miłości. Stan, którego nienawidzę. Zapakowałam bagaż do samochodu uprzednio zamykając szczelnie dom. Przed samym odjazdem wstąpiłam na pocztę, gdzie kupiłam znaczek i wpisałam imię i nazwisko adresata.
''Justin Bieber
RM7, Rush Green
London''
RM7, Rush Green
London''
Wsiadłam do samochodu odjeżdżając z piskiem opon. Przed oczami rozmazywały się inne pojazdy poruszające się po drodze, jak różne budynki. Do celu trasy miałam jakieś 50 kilometrów, nie było to zbytnio oddalone miejsce, jednak idealne na przemyślenia i samotność.
*
- Justin! - obudziło mnie wołanie.
- Czego? - krzyknąłem przeciągając się.
- Przyszedł list do Ciebie - powiedziała normalnym tonem wchodząc do pokoju. Położyła list na półce, po czym zaczęła sprzątać mój pokój. Od niechcenia wziąłem kartkę do ręki od razu poznając pismo. Jedno imię i jedna osoba chodziła mi po głowie. Łapczynie rozerwałem miejsce sklejenia otwierając zawartość. Oczom ukazała się niewielka kartka, na której Rosalie coś napisała.
'' Nie ma Cię. Przepadłeś. Nie mam pojęcia co u Ciebie, nie wiem jak się czujesz, jak układa się życie. Największym błędem jaki popełniłam było nieprzyznanie się do swoich uczuć. To właśnie przez to zniszczyłam naszą przyjaźń, wszystko co było między nami. Z całego serca przepraszam, że przeze mnie, głupią dziewczynę cierpisz i ja przy okazji również. Przepraszam, że wciągnęłam Cię w tą znajomość, że rozkochałam do granic możliwości. Przepraszam, że nie wyobrażam sobie życie bez Ciebie. Może i Twoje uczucie do mnie wygasło, a może jednak jest mała iskierka... Tego nie wiem, nie rozmawiamy, a tak bardzo potrzebuję rozmowy z Tobą. Mijamy się jak dwie nieznajome osoby. A to tak cholernie boli. Już niedługo zniknę z Twojego życia raz na zawsze. Przepraszam, że kocham..''
Schowałem twarz w dłonie dając upust emocjom. Łzy samowolnie płynęły, nawet nie starałem się ich zatrzymać. O czym chodziło jej w przedostatnim zdaniu? Miałem nadzieję, że nic czego mogłaby żałować.. Rosalie, moja mała, słodka Rosalie. Cierpi, nawet bardziej ode mnie. Życie jest niesprawiedliwe, to mnie powinno dać w kość, a nie bezbronnej dziewczynie, która i tak ma we wszystkim pod górkę. Wyrzuty sumienia to jedna z najgorszych rzeczy, która temu towarzyszy.
Zerwałem się z łóżka, zakładając buty wybiegłem na dwór kierując się w stronę jej domu. Nie miałem planu na to wszystko, co powiem gdy ją spotkam, jak się zachowam jednak wiedziałem, że to ostatnia chwila, że już niedługo może być za późno. Pukałem, dzwoniłem, waliłem w drzwi ale nic, głucha cisza. Spóźniłem się? Możliwe...
Wyciągnąłem z kieszeni telefon wybierając jej numer przyłożyłem do ucha. Jeden, drugi, trzeci sygnał.
- Cześć, tu Rose, zostaw wiadomość a postaram się oddzwonić - jedyne co usłyszałem to nagranie się na pocztę głosową. Złość, jaka mnie ogarnęła była nie do opisania. Miałem ochotę coś rozwalić, w coś uderzyć, wyładować swój gniew. Stanęło na doniczce stojącej przy drzwiach. Szybkim krokiem ruszyłem w stronę domu. Przechodząc przez ulicę poczułem silne uderzenie, a potem? Straciłem kontakt z rzeczywistością...
- - - - - - - - - - - - - - -
Przepraszam, że tak długo :o
Nie miałam weny :|
ten też jest do dupy, ani ładu ani składu,
ale chciałam coś dodać :>
do napisania dzióbki kochane ♥
Tagi:
XIII
Usiadłam na ławce w parku drżącą dłonią ocierając łzy. Nie mam pojęcia co z nami będzie. Nie byłam w stanie odczytać żadnego uczucia ogarniającego chłopaka. Zraził się do mnie, to pewne, jednak ja nie mogłam siedzieć cicho. Jeden z najgorszych błędów mojego życia - nie przyznanie się do swoich uczuć..
Otworzyłam zaspane powieki. Słońce przedzierało się przez okno. Od niechcenia poczłapałam do łazienki gdzie wzięłam orzeźwiający prysznic z olejkiem arbuzowym od Justina. Owinięta w ręcznik umyłam zęby i wysuszyłam włosy. Narzuciłam na siebie wyszukany w szafie zestaw i związałam włosy w koka. Podkręciłam rzęsy tuszem i przejechałam różem policzki. Spryskałam się perfumami chwytając w międzyczasie torbę. Na dole wypiłam szklankę wody po czym zakluczyłam dom i ruszyłam w stronę szkoły. Doskonale zdawałam sobie sprawę, co może mnie tam czekać. Nie, w sumie to nie zdawałam, mogło mnie czekać dosłownie wszystko. Mógł rzucić mi się w ramiona, mógł przejść obojętnie, mógł znaleźć sobie inną. Spokojnie, będzie co będzie.
Do trzeciej lekcji było spokojnie, nie licząc paru zaczepek ze strony 'sławnych' uczniów. Znów jako jedna z ostatnich weszłam na stołówkę gdzie grzecznie stanęłam w kolejne po jedzenie. Już po chwili ogarnął mnie hipnotyzujący zapach, któremu nie byłam w stanie się oprzeć. Justin był gdzies blisko, jednak ja bałam się odwrócić. Jak zwykle silna wola musiała być silniejsza, po kilku sekundach dowiedziałam się całej prawdy. Siedział przy stoliku elity obejmując Alex. Nie uśmiechał się, wręcz przeciwnie, był jakiś przygnębiony. Momentalnie w oczach stanęły łzy. To ja mogłam tam siedzieć, to mnie mógł oplatać ramionami ale nie! Ty musiałaś wszystko zepsuć... Szybko się obróciłam pędząc w stronę drzwi. Po drodze jak na złość na kogoś wpadłam.
- Rose, co jest? - spytał troskliwym głosem Ethan.
- Nic, nieważne - otarłam policzek wymijając go poszłam dalej. Usiadłam na ławce tuż przy budynku szkolnym. Dławiłam się łzami przez gulę tworzącą się w gardle. W pewnym momencie zrobiło mi się jakoś dziwnie. Powoli traciłam kontakt z rzeczywistością opadając gdzieś na dół.
Obudziło mnie dziwne pikanie. Od niechcenia otworzyłam oczy, które natychmiastowo zamknęłam przez oślepiającą jasność panującą w sali. Nie byłam w domu, to pewne. Miejsce najbardziej przypominało mi szpital.. I oczywiście tak było. Nurtuje mnie jedno pytanie, a mianowicie - Co ja tu robię? Oh tak, co za wyczucie czasu. W drzwiach pojawił się wysoki facet po czterdziestce, wyglądał na lekarza.
- Witaj - lekko się uśmiechnął - Mogę wiedzieć jak Ci na imię - zaczął.
- Rosalie Brown - szybko odpowiedziałam - A ja mogę wiedzieć co tu robię?
- Ym, no tak - zawahał się przeglądając kartę - Dziecinko, masz anemię - powiedział nieco ciszej, a ja zamarłam. Tak dokładnie nie wiedziałam na czym polega jednak sama myśl, że jestem chora przyprawiła mnie o nieprzyjemne dreszcze.
- Czy to poważne? - ciężko westchnęłam.
- Twój przypadek nie należy do najgorszych. Byłaś wcześniej osłabiona? Kręciło Ci się w głowie? - zasypał mnie pytaniami. Pokiwałam przecząco głową - W takim razie to co wydarzyło się wczoraj było pierwszym razem - z góry założył.
- Tak - zgodziłam się. Rozmawialiśmy przez jakiś czas o tym, jak powinnam się zachowywać podczas zawrotów i tego typu sprawach. Na końcu zapewnił, że już jutro wypiszą mnie do domu. Nie mogłam nacieszyć się samotnością, gdyż po chwili w sali rozległo się pukanie do drzwi. Rzuciłam ciche 'proszę'. Byłam zdziwiona widząc w drzwiach Ethana jednak jednym ruchem głowy zaprosiłam go do środka. Nie minęły sekundy a brunet siedział już przy moim łóżku.
- Jak się czujesz? Kiedy wychodzisz? - delikatnie się uśmiechnął.
- Słabo, mam nadzieję że jeszcze dziś. - powiedziałam - Co Ty tu robisz? - nie ukrywałam zdziwienia.
- Dowiedziałem się, że jesteś w szpitalu, nie mogłem nie przyjść - odpowiedział. Burknęłam coś na miarę 'mhm', po czym obróciłam wzrok w drugą stronę - Spokojnie, wiem że kochasz Justina, ja tylko chcę Ci pomóc - zapewnił a mi oczy prawie wyszły z orbit. Co on powiedział? Skąd mógł wiedzieć coś takiego?!
- Skąd wiesz? - spytałam z niemałym wyrzutem.
- Proszę Cię Rose, połowa szkoły wie - prychnął. Ale jak to.. - Sam Justin mówił, że jesteś w nim zakochana, ale jednak nic z tego nie wyjdzie, bo on nie odwzajemnia uczucia, czy coś takiego - jego wypowiedź była całkiem chaotyczna, mimo wszystko zrozumiałam. Jak on mógł mi coś takiego zrobić? Momentalnie po policzkach zaczęły lecieć łzy, których w żaden sposób nie mogłam zatrzymać. Ethan widząc to lekko się podniósł i jednym, szybkim ruchem objął mnie ramionami, w których czułam się całkiem bezpiecznie. Są jednak inne, bardziej bezpieczne.. Justina. Do uspokojenia było mi jeszcze daleko. Ethan widząc, że nie mam ochoty na rozmowę pożegnał się i wyszedł. Od niechcenia wzięłam do ręki telefon, na którym jak zwykle nie było żadnego sms'a czy też nieodebranego połączenia. Bezwładnie opadłam na poduszkę zastanawiając się nad sensem mojego życia. Czy warto cierpieć nawet jeśli do niczego to nie zmierza? Czy warto zamartwiać się losem innych osób, przecież one nie interesują się moim. Zaledwie dwa tygodonie temu był przy mnie Justin. Wspierał, pomagał, po prostu był. A teraz nie ma nikogo. Bo Rosalie musiała unieść się pieprzoną dumą tylko po to, by nie stracić ważnej przyjaźni. Zawsze pod górkę. Całe życie to jedno wielkie pasmo nieszczęść, z którego jakbym nie próbowała nie wydostanę się za żadną cenę. Chciałam już dziś się stąd wydostać. Nawet myślę, że jest to możliwe. Powoli wygramoliłam się ze szpitalnego łóżka podążyłam w kierunku drzwi. Po drodze spotkałam pielęgniarkę, która wskazała mi gabinet Doktora Adamsona, którego nazwisko poznałam czytając plakietkę wtedy, gdy był u mnie. Niepewnie zapukałam do drzwi. Słysząc ciche 'proszę' pchnęłam je, ukazując wielkie biurko, a za nim lekarza. Usiadłam na wyznaczonym krześle przyglądając się z uwagą poczynaniom faceta.
- To co Cię tu sprowadza, Rosalie - spytał z uśmiechem. Mimo wszystko rozpromieniłam się.
- Hm, czy mogłabym już dziś opuścić szpital - zaczęłam - Czuję się naprawdę dobrze - dodałam z uśmiechem. Doktor przejrzał jakąś kartę po czym zerknął na mnie.
- Myślę, że to nie jest problem - stwierdził - Tylko musisz na siebie uważać, przepiszę Ci leki, które musisz brać każdego dnia - notował coś na kartce - Rozumiemy się? - zwrócił się do mnie.
- Oczywiście - obdarowałam go uśmiechem -To znaczy, że mogę się spakować i wyjść? - chciałam się upewnić.
- Tak, trzymaj tu receptę, od razu idź do apteki i wykup potrzebne leki - odpowiedział - Do widzenia młoda damo - dodał gdy opuszczałam pomieszczenie. W mojej sali ubrałam wczorajsze ciuchy, zabrałam swoje rzeczy i szybkim krokiem opuściłam teren szpitala.
- Skup się słonko - powiedziała piskliwie Alex gładząc mnie po policzku. Z całego serca nie chciałem z nią być. Sam nie wiem dlaczego tak jest. Chciałem, żeby Rosalie cierpiała. Żeby poczuła jak to jest być odrzuconym. Sam stałem się innym człowiekiem, na pewno o wiele gorszym. Tyle przeżyła, tyle wycierpiała, a ja, jak jakiś kretyn sprawiam jej kolejny ból.
- Tak, tak - powiedziałem obojętnie zrzucając jej dłoń z mojej szyi.
- Co się dzieje? - spytała siadając mi na kolana.
- Nic - rzuciłem krótko strącając ją ze mnie - Idę, na razie - powiedziałem po czym odszedłem. Po drugiej stronie ulicy zauważyłem Ethana. Gdy mnie tylko zauważył podbiegł do mnie.
- Cześć stary - powiedział, tylko kiwnąłem głową - Słuchaj. Nie wiem co się z Tobą znów dzieje, ale krzywdzisz ją. Byłem dziś u niej w szpitalu i.. - zaraz, co? Rose w szpitalu?
- Słucham? - krzyknąłem - Co się stało?
- Ma anemię - rzucił - Powiedziałem jej to, co wygadywałeś całej szkole. Rozpłakała się. Wybacz Justin, ale patrząc na to jaki jesteś, nie zasługujesz na nią - zmierzył mnie wzrokiem po czym rzucił ciche 'cześć' na odchodne. Nie mogę tego zostawić.
- Ethan! - krzyknąłem - Gdzie ona teraz jest? - spytałem.
- Sprawdź w domu - rzucił znikając za rogiem. Szybkim krokiem udałem się w stronę jej posiadłości. Byłem tam po mniej więcej dziesięciu minutach. Stanąłem pod drzwiami, gdzie dostałem cholernych wyrzutów sumienia. Bałem się tej rozmowy. W końcu nacisnąłem dzwonek. Miałem pewność, że jest w domu gdyż po chwili usłyszałem kroki.
W domu rozległ się dzwonek do drzwi. Niezdarnie zwlokłam się z łóżka odkładając uprzednio iPoda. W dresach i cała nieogarnięta podążyłam na dół by sprawdzić któż to mnie odwiedził. Delikatnie uchyliłam drzwi. Idealnie ułożone włosy, błysk w czekoladowych oczach, strój niczym znana gwiazda. Nie dowierzałam, że on tu jest. Może chce mi osobiście powiedzieć, że to wszystko nie miało mieć miejsca.. Momentalnie w oczach stanęły łzy, które starałam się powstrzymać, by czasem nie ujrzały światła dziennego.
- Rose - szepnął ukazując tęczówki. Zrobiło mi się słabo. Zupełnie tak, jak wczoraj. Mroczki przed oczami ukazywały się co raz częściej. Zdezorientowana chwyciłam się za głowę, która piekła tak, jak gdyby za moment miała wybuchnąć. Ostatnim dźwiękiem, który słyszałam było notorycznie wywoływanie moje imienia przez szatyna.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - -
cześć dzióbki :*
przepraszam, że tak długo.
serdeczne podziękowania dla:
something <3
thatbeeasy <3
ILoveYouBaby <3
SourCandy <3
stokrota34 <3
Loveme1614 <3
kasia24209 <3
EternalHope <3
anonimom również dziękuję <3
przepraszam, jeśli kogoś pominęłam. Wszystkie jesteście wspaniałe, staracie się podnieść mnie na duchu komentując każdy rozdział. Kocham was i luz :*
Otworzyłam zaspane powieki. Słońce przedzierało się przez okno. Od niechcenia poczłapałam do łazienki gdzie wzięłam orzeźwiający prysznic z olejkiem arbuzowym od Justina. Owinięta w ręcznik umyłam zęby i wysuszyłam włosy. Narzuciłam na siebie wyszukany w szafie zestaw i związałam włosy w koka. Podkręciłam rzęsy tuszem i przejechałam różem policzki. Spryskałam się perfumami chwytając w międzyczasie torbę. Na dole wypiłam szklankę wody po czym zakluczyłam dom i ruszyłam w stronę szkoły. Doskonale zdawałam sobie sprawę, co może mnie tam czekać. Nie, w sumie to nie zdawałam, mogło mnie czekać dosłownie wszystko. Mógł rzucić mi się w ramiona, mógł przejść obojętnie, mógł znaleźć sobie inną. Spokojnie, będzie co będzie.
Do trzeciej lekcji było spokojnie, nie licząc paru zaczepek ze strony 'sławnych' uczniów. Znów jako jedna z ostatnich weszłam na stołówkę gdzie grzecznie stanęłam w kolejne po jedzenie. Już po chwili ogarnął mnie hipnotyzujący zapach, któremu nie byłam w stanie się oprzeć. Justin był gdzies blisko, jednak ja bałam się odwrócić. Jak zwykle silna wola musiała być silniejsza, po kilku sekundach dowiedziałam się całej prawdy. Siedział przy stoliku elity obejmując Alex. Nie uśmiechał się, wręcz przeciwnie, był jakiś przygnębiony. Momentalnie w oczach stanęły łzy. To ja mogłam tam siedzieć, to mnie mógł oplatać ramionami ale nie! Ty musiałaś wszystko zepsuć... Szybko się obróciłam pędząc w stronę drzwi. Po drodze jak na złość na kogoś wpadłam.
- Rose, co jest? - spytał troskliwym głosem Ethan.
- Nic, nieważne - otarłam policzek wymijając go poszłam dalej. Usiadłam na ławce tuż przy budynku szkolnym. Dławiłam się łzami przez gulę tworzącą się w gardle. W pewnym momencie zrobiło mi się jakoś dziwnie. Powoli traciłam kontakt z rzeczywistością opadając gdzieś na dół.
Obudziło mnie dziwne pikanie. Od niechcenia otworzyłam oczy, które natychmiastowo zamknęłam przez oślepiającą jasność panującą w sali. Nie byłam w domu, to pewne. Miejsce najbardziej przypominało mi szpital.. I oczywiście tak było. Nurtuje mnie jedno pytanie, a mianowicie - Co ja tu robię? Oh tak, co za wyczucie czasu. W drzwiach pojawił się wysoki facet po czterdziestce, wyglądał na lekarza.
- Witaj - lekko się uśmiechnął - Mogę wiedzieć jak Ci na imię - zaczął.
- Rosalie Brown - szybko odpowiedziałam - A ja mogę wiedzieć co tu robię?
- Ym, no tak - zawahał się przeglądając kartę - Dziecinko, masz anemię - powiedział nieco ciszej, a ja zamarłam. Tak dokładnie nie wiedziałam na czym polega jednak sama myśl, że jestem chora przyprawiła mnie o nieprzyjemne dreszcze.
- Czy to poważne? - ciężko westchnęłam.
- Twój przypadek nie należy do najgorszych. Byłaś wcześniej osłabiona? Kręciło Ci się w głowie? - zasypał mnie pytaniami. Pokiwałam przecząco głową - W takim razie to co wydarzyło się wczoraj było pierwszym razem - z góry założył.
- Tak - zgodziłam się. Rozmawialiśmy przez jakiś czas o tym, jak powinnam się zachowywać podczas zawrotów i tego typu sprawach. Na końcu zapewnił, że już jutro wypiszą mnie do domu. Nie mogłam nacieszyć się samotnością, gdyż po chwili w sali rozległo się pukanie do drzwi. Rzuciłam ciche 'proszę'. Byłam zdziwiona widząc w drzwiach Ethana jednak jednym ruchem głowy zaprosiłam go do środka. Nie minęły sekundy a brunet siedział już przy moim łóżku.
- Jak się czujesz? Kiedy wychodzisz? - delikatnie się uśmiechnął.
- Słabo, mam nadzieję że jeszcze dziś. - powiedziałam - Co Ty tu robisz? - nie ukrywałam zdziwienia.
- Dowiedziałem się, że jesteś w szpitalu, nie mogłem nie przyjść - odpowiedział. Burknęłam coś na miarę 'mhm', po czym obróciłam wzrok w drugą stronę - Spokojnie, wiem że kochasz Justina, ja tylko chcę Ci pomóc - zapewnił a mi oczy prawie wyszły z orbit. Co on powiedział? Skąd mógł wiedzieć coś takiego?!
- Skąd wiesz? - spytałam z niemałym wyrzutem.
- Proszę Cię Rose, połowa szkoły wie - prychnął. Ale jak to.. - Sam Justin mówił, że jesteś w nim zakochana, ale jednak nic z tego nie wyjdzie, bo on nie odwzajemnia uczucia, czy coś takiego - jego wypowiedź była całkiem chaotyczna, mimo wszystko zrozumiałam. Jak on mógł mi coś takiego zrobić? Momentalnie po policzkach zaczęły lecieć łzy, których w żaden sposób nie mogłam zatrzymać. Ethan widząc to lekko się podniósł i jednym, szybkim ruchem objął mnie ramionami, w których czułam się całkiem bezpiecznie. Są jednak inne, bardziej bezpieczne.. Justina. Do uspokojenia było mi jeszcze daleko. Ethan widząc, że nie mam ochoty na rozmowę pożegnał się i wyszedł. Od niechcenia wzięłam do ręki telefon, na którym jak zwykle nie było żadnego sms'a czy też nieodebranego połączenia. Bezwładnie opadłam na poduszkę zastanawiając się nad sensem mojego życia. Czy warto cierpieć nawet jeśli do niczego to nie zmierza? Czy warto zamartwiać się losem innych osób, przecież one nie interesują się moim. Zaledwie dwa tygodonie temu był przy mnie Justin. Wspierał, pomagał, po prostu był. A teraz nie ma nikogo. Bo Rosalie musiała unieść się pieprzoną dumą tylko po to, by nie stracić ważnej przyjaźni. Zawsze pod górkę. Całe życie to jedno wielkie pasmo nieszczęść, z którego jakbym nie próbowała nie wydostanę się za żadną cenę. Chciałam już dziś się stąd wydostać. Nawet myślę, że jest to możliwe. Powoli wygramoliłam się ze szpitalnego łóżka podążyłam w kierunku drzwi. Po drodze spotkałam pielęgniarkę, która wskazała mi gabinet Doktora Adamsona, którego nazwisko poznałam czytając plakietkę wtedy, gdy był u mnie. Niepewnie zapukałam do drzwi. Słysząc ciche 'proszę' pchnęłam je, ukazując wielkie biurko, a za nim lekarza. Usiadłam na wyznaczonym krześle przyglądając się z uwagą poczynaniom faceta.
- To co Cię tu sprowadza, Rosalie - spytał z uśmiechem. Mimo wszystko rozpromieniłam się.
- Hm, czy mogłabym już dziś opuścić szpital - zaczęłam - Czuję się naprawdę dobrze - dodałam z uśmiechem. Doktor przejrzał jakąś kartę po czym zerknął na mnie.
- Myślę, że to nie jest problem - stwierdził - Tylko musisz na siebie uważać, przepiszę Ci leki, które musisz brać każdego dnia - notował coś na kartce - Rozumiemy się? - zwrócił się do mnie.
- Oczywiście - obdarowałam go uśmiechem -To znaczy, że mogę się spakować i wyjść? - chciałam się upewnić.
- Tak, trzymaj tu receptę, od razu idź do apteki i wykup potrzebne leki - odpowiedział - Do widzenia młoda damo - dodał gdy opuszczałam pomieszczenie. W mojej sali ubrałam wczorajsze ciuchy, zabrałam swoje rzeczy i szybkim krokiem opuściłam teren szpitala.
*
- Skup się słonko - powiedziała piskliwie Alex gładząc mnie po policzku. Z całego serca nie chciałem z nią być. Sam nie wiem dlaczego tak jest. Chciałem, żeby Rosalie cierpiała. Żeby poczuła jak to jest być odrzuconym. Sam stałem się innym człowiekiem, na pewno o wiele gorszym. Tyle przeżyła, tyle wycierpiała, a ja, jak jakiś kretyn sprawiam jej kolejny ból.
- Tak, tak - powiedziałem obojętnie zrzucając jej dłoń z mojej szyi.
- Co się dzieje? - spytała siadając mi na kolana.
- Nic - rzuciłem krótko strącając ją ze mnie - Idę, na razie - powiedziałem po czym odszedłem. Po drugiej stronie ulicy zauważyłem Ethana. Gdy mnie tylko zauważył podbiegł do mnie.
- Cześć stary - powiedział, tylko kiwnąłem głową - Słuchaj. Nie wiem co się z Tobą znów dzieje, ale krzywdzisz ją. Byłem dziś u niej w szpitalu i.. - zaraz, co? Rose w szpitalu?
- Słucham? - krzyknąłem - Co się stało?
- Ma anemię - rzucił - Powiedziałem jej to, co wygadywałeś całej szkole. Rozpłakała się. Wybacz Justin, ale patrząc na to jaki jesteś, nie zasługujesz na nią - zmierzył mnie wzrokiem po czym rzucił ciche 'cześć' na odchodne. Nie mogę tego zostawić.
- Ethan! - krzyknąłem - Gdzie ona teraz jest? - spytałem.
- Sprawdź w domu - rzucił znikając za rogiem. Szybkim krokiem udałem się w stronę jej posiadłości. Byłem tam po mniej więcej dziesięciu minutach. Stanąłem pod drzwiami, gdzie dostałem cholernych wyrzutów sumienia. Bałem się tej rozmowy. W końcu nacisnąłem dzwonek. Miałem pewność, że jest w domu gdyż po chwili usłyszałem kroki.
*
W domu rozległ się dzwonek do drzwi. Niezdarnie zwlokłam się z łóżka odkładając uprzednio iPoda. W dresach i cała nieogarnięta podążyłam na dół by sprawdzić któż to mnie odwiedził. Delikatnie uchyliłam drzwi. Idealnie ułożone włosy, błysk w czekoladowych oczach, strój niczym znana gwiazda. Nie dowierzałam, że on tu jest. Może chce mi osobiście powiedzieć, że to wszystko nie miało mieć miejsca.. Momentalnie w oczach stanęły łzy, które starałam się powstrzymać, by czasem nie ujrzały światła dziennego.
- Rose - szepnął ukazując tęczówki. Zrobiło mi się słabo. Zupełnie tak, jak wczoraj. Mroczki przed oczami ukazywały się co raz częściej. Zdezorientowana chwyciłam się za głowę, która piekła tak, jak gdyby za moment miała wybuchnąć. Ostatnim dźwiękiem, który słyszałam było notorycznie wywoływanie moje imienia przez szatyna.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - -
cześć dzióbki :*
przepraszam, że tak długo.
serdeczne podziękowania dla:
something <3
thatbeeasy <3
ILoveYouBaby <3
SourCandy <3
stokrota34 <3
Loveme1614 <3
kasia24209 <3
EternalHope <3
anonimom również dziękuję <3
przepraszam, jeśli kogoś pominęłam. Wszystkie jesteście wspaniałe, staracie się podnieść mnie na duchu komentując każdy rozdział. Kocham was i luz :*
Tagi:
XII
Jeden gest, spojrzenie i wszystko było wiadome. Oboje chcieli tego samego, jednak dziewczyna bała się o przyjaźń, choć wiedziała, że tym pogorszyła sprawę. Mogła być szczęśliwa z nim u boku, mogli kochać się bez opamiętania, a teraz? Pozostały tylko marzenia, bez szansy na spełnienie. Chłopak analizował przesłany do niego gest, myślał jak to wszystko pozmienia. Była to jego pierwsza miłość, niestety bez wzajemności. Przynajmniej tak sobie wmawiał. Nie miał pojęcia, że jego uczucie jest w stu procentach odwzajemnione, tylko ta osoba boi się... zwyczajnie się boi.
- Przepraszam - powiedziałam cicho z przeszklonymi oczami. Szatyn nie widział mojej twarzy, gdyż stałam całkowicie obrócona. Myśli kłębiły się w głowie coraz to bardziej, nie mogłam się na żadnej skupić. Po chwili usłyszałam tylko oddalające się kroki. Odszedł, zwyczajnie odszedł. Błyskawicznie się odwróciłam, jego sylwetka właśnie znikała za zakrętem. Nie próbowałam zatrzymać łez, strużkami płynęły po policzkach. Czułam się potwornie, mogłam go mieć, tu i teraz, ale nie, zawsze muszę cierpieć tylko po to, by coś zrozumieć. Chciałam jak najprędzej znaleźć się w domu, zatonąć w pościeli, byleby nikt mnie nie znalazł. Nie chciałam tak zostawić Ethana bez jakiegokolwiek wyjaśnienia, dlatego powolnym krokiem ruszyłam w stronę sali gimnastycznej gdzie znalazłam bruneta tańczącego z jakąś rudą dziewczyną. Po skończonej piosence pokiwałam do niego dzięki czemu szybko znalazł się obok mnie.
- Źle się czuję, pójdę do domu - powiedziałam na jednym wdechu nie patrząc mu w oczy. Nie chciałam, by przypadkiem zauważył czerwone od płaczu oczy.
- Odprowadzę Cię - zasugerował.
- Nie musisz, to jest blisko, baw się dobrze - delikatnie się uśmiechnęłam biorąc do ręki kopertówkę - Do zobaczenia - rzuciłam na odchodne. Mimo, że była połowa czerwca, to wieczory były chłodne, a zapomniałam wziąć jakiegoś zwierzchniego nakrycia. Szybkim krokiem ruszyłam w stronę domu. W głowie siedział mi Justin i jego dzisiejsze słowa. Wypowiadał je tak słodko, z takim przekonaniem, że na pewno niejedna dziewczyna rzuciła mu się w ramiona. Oczywiście, byłabym jedną z nich, jednak to co nas łączyło do tej pory było zbyt piękne... Przynajmniej w takim przekonaniu tkwiłam.
Byłem przekonany, że czuje to samo. Tylko zbłaźniłem się na jej oczach. Nigdy nie wyznawałem dziewczynie miłości, nie wiem jak mi poszło, nie chciałem żeby wyszło tak, jak w tych dennych komediach romantycznych. Przynajmniej o tym wie, ja nie mogę zrobić nic więcej. Chciałem zapomnieć, zapomnieć o dzisiejszej sytuacji, ale wiadomo, że jest to niewykonalne. Zapomnieć ot tak o osobie, którą daży się niewyobrażalnym uczuciem? Nigdy. Cały czas przed oczami miałem jej roześmianą twarz, wielkie brązowe oczy, dołeczki w policzkach. Jest moim osobistym ideałem. Zepsułem naszą przyjaźń, nie potrafiłbym teraz spojrzeć jej w oczy jak gdyby nigdy nic się nie stało. Zbyt ciężkie przeżycie..
Nazajutrz nie pojawiłam się w szkole. Nie byłam w stanie. Brak snu i łzy zabierające ze mnie gigantyczną ilość energii robiły swoje. Ile jeszcze muszę wycierpieć by być szczęśliwą? Tak, wiem, sama sobie zawiniłam ale nie mogłam, po prostu nie mogłam. Nie miałam nawet osoby, której mogłabym się wyżalić. Miałam tylko Justina.. Cholernie brakowało mi jego bliskości, czułych słów, ciepłych ramion, które oplatały mnie w najgorszych sytuacjach.
Bez zmian. Szczerze? Mogę śmiało powiedzieć, że jest gorzej. Nie dość, że Justin nie chce mnie znać to popadł w złe towarzystwo, które jara i pije. Zimny i obojętny wzrok przeszywający mnie na każdej przerwie to zupełnie jak nóż w plecy. Pragnienie wtulenia się w niego, pocałowania w te idealnie malinowe usta. Walczyłam z tym codzennie i uwierz mi, że nie było łatwo, było cholernie trudno. Nadzieja na to, że będzie tak jak wcześniej wyparowała dawno temu, nie łudziłam się nawet, że może być dobrze. 'Rose, głupia idiotko, jak mogłaś coś takie zrobić?' Pytanie zadawane w każdej wolnej chwili przez własną podświadomość. Ochota przyznania się do wszystkich uczuć, wyrzucenia tego z siebie z dnia na dzień rosła. Byłam względem tego bezsilna.
Siedziałam na szkolnej stołówce mieszając w danej mi sałatce. Wgapiona w stołowy blat nie zauważałam nic poza tym. Poczułam ten zapach, który wywiódł mnie z zamyślenia. Słodki arbuz był zdecydowanie za blisko. Bałam się obrócić, bałam się spotkać jego oczy. Znów niekontrolowane uczucie zawładnęło mną. Odwróciłam się. Spotkałam go, dwa stoliki dalej. Siedział ze swoją nową paczką. Jego wzrok wgapiał się we mnie, doskonale to widziałam. Zagubione oczy przepełnione obojętnością i bólem mimo wszystko były tymi samymi, w których kochałam idealny, czekoladowy brąz i iskierki, może teraz już nie tak wyraźne, ale wciąż tkwiące w tym samym miejscu. Właśnie teraz, właśnie tu naszła mnie niewyobrażalnie silna chcęć wyznania mu wszystkiego. Z torby wyciągnęłam telefon i błyskawicznie napisałam SMS'a, właśnie do niego, prosząc o spotkanie za kilka minut przed szkołą. Może działam pod wpływam impulsu, ale to było silniejsze ode mnie. Ruszyłam w stronę kosza, by opróżnić tacę i odłożyć ją na właściwe miejsce. Wychodząc już ze stołówki posłałam szatynowi uśmiech pełen skruchy, może i mi się wydawało, ale w stu procentach go odwzajemniał. Nerwowo przygładziłam sukienkę, chodząc w kółko.
Czekałam zniecierpliwiona. W końcu drzwi się uchyliły ukazując sylwetkę chłopaka. Nieśmiało podniósł wzrok, nasze oczy się spotkały, niespodziewanie przeszedł mnie przyjemny dreszcz. Musiałam zacząć mimo wszystko, chciałam żeby znał prawdę.
- Cześć - zaczęłam cicho.
- Cześć - odpowiedział dość obojętnie, co trochę zabolało.
- Wiem, jest za późno, jednak chciałabym żebyś wiedział - wzięłam głęboki oddech - Wtedy, na balu, sama do końca nie wiem dlaczego dałam taką odpowiedź, bo to co czuję, jest zupełnie sprzeczne - z całego zaistniałego zdenerwowania w oczach pojawiły się łzy, które po niedługiej chwili zaczęły wypływać - Tak Justin, czuję do Ciebie to samo - chrypka dawała się we znaki, jednak chciałam dokończyć to co zaczęłam - Zakochałam się w Tobie, nie chciałam niszczyć przyjaźni, ale oboje wiemy, że jej już nie ma - wytarłam mokre policzki. Chłopak stał w miejscu przyglądając mi się z uwagą. Na jego twarzy nie wykryłam żadnego uczucia, może to dlatego, że dawno nie przebywałam w jego towarzystwie - Jeszcze raz przepraszam - wzięłam do ręki torebkę i szybkim krokiem zbiegłam po schodach pędząc w nieokreślonym kierunku. Znikając za rogiem szkoły zerknęłam na Justina, stał w tym samym miejscu chowając twarz w dłonie...
- - - - - - - - - - - - - - - - -
przepraszam, napisałam to w 30 minut i jest do dupy, nie chciałam, żeby to wyszło tak, ale jak już jest :|
*a i wielkie podziękowania dla thatbeeasy, za to, że zawsze da szczerą opinię co do rozdziału, no i za to, że pisze świetne opowiadanie :*
*
- Przepraszam - powiedziałam cicho z przeszklonymi oczami. Szatyn nie widział mojej twarzy, gdyż stałam całkowicie obrócona. Myśli kłębiły się w głowie coraz to bardziej, nie mogłam się na żadnej skupić. Po chwili usłyszałam tylko oddalające się kroki. Odszedł, zwyczajnie odszedł. Błyskawicznie się odwróciłam, jego sylwetka właśnie znikała za zakrętem. Nie próbowałam zatrzymać łez, strużkami płynęły po policzkach. Czułam się potwornie, mogłam go mieć, tu i teraz, ale nie, zawsze muszę cierpieć tylko po to, by coś zrozumieć. Chciałam jak najprędzej znaleźć się w domu, zatonąć w pościeli, byleby nikt mnie nie znalazł. Nie chciałam tak zostawić Ethana bez jakiegokolwiek wyjaśnienia, dlatego powolnym krokiem ruszyłam w stronę sali gimnastycznej gdzie znalazłam bruneta tańczącego z jakąś rudą dziewczyną. Po skończonej piosence pokiwałam do niego dzięki czemu szybko znalazł się obok mnie.
- Źle się czuję, pójdę do domu - powiedziałam na jednym wdechu nie patrząc mu w oczy. Nie chciałam, by przypadkiem zauważył czerwone od płaczu oczy.
- Odprowadzę Cię - zasugerował.
- Nie musisz, to jest blisko, baw się dobrze - delikatnie się uśmiechnęłam biorąc do ręki kopertówkę - Do zobaczenia - rzuciłam na odchodne. Mimo, że była połowa czerwca, to wieczory były chłodne, a zapomniałam wziąć jakiegoś zwierzchniego nakrycia. Szybkim krokiem ruszyłam w stronę domu. W głowie siedział mi Justin i jego dzisiejsze słowa. Wypowiadał je tak słodko, z takim przekonaniem, że na pewno niejedna dziewczyna rzuciła mu się w ramiona. Oczywiście, byłabym jedną z nich, jednak to co nas łączyło do tej pory było zbyt piękne... Przynajmniej w takim przekonaniu tkwiłam.
*
Byłem przekonany, że czuje to samo. Tylko zbłaźniłem się na jej oczach. Nigdy nie wyznawałem dziewczynie miłości, nie wiem jak mi poszło, nie chciałem żeby wyszło tak, jak w tych dennych komediach romantycznych. Przynajmniej o tym wie, ja nie mogę zrobić nic więcej. Chciałem zapomnieć, zapomnieć o dzisiejszej sytuacji, ale wiadomo, że jest to niewykonalne. Zapomnieć ot tak o osobie, którą daży się niewyobrażalnym uczuciem? Nigdy. Cały czas przed oczami miałem jej roześmianą twarz, wielkie brązowe oczy, dołeczki w policzkach. Jest moim osobistym ideałem. Zepsułem naszą przyjaźń, nie potrafiłbym teraz spojrzeć jej w oczy jak gdyby nigdy nic się nie stało. Zbyt ciężkie przeżycie..
*
Nazajutrz nie pojawiłam się w szkole. Nie byłam w stanie. Brak snu i łzy zabierające ze mnie gigantyczną ilość energii robiły swoje. Ile jeszcze muszę wycierpieć by być szczęśliwą? Tak, wiem, sama sobie zawiniłam ale nie mogłam, po prostu nie mogłam. Nie miałam nawet osoby, której mogłabym się wyżalić. Miałam tylko Justina.. Cholernie brakowało mi jego bliskości, czułych słów, ciepłych ramion, które oplatały mnie w najgorszych sytuacjach.
Dwa tygodnie później...
Bez zmian. Szczerze? Mogę śmiało powiedzieć, że jest gorzej. Nie dość, że Justin nie chce mnie znać to popadł w złe towarzystwo, które jara i pije. Zimny i obojętny wzrok przeszywający mnie na każdej przerwie to zupełnie jak nóż w plecy. Pragnienie wtulenia się w niego, pocałowania w te idealnie malinowe usta. Walczyłam z tym codzennie i uwierz mi, że nie było łatwo, było cholernie trudno. Nadzieja na to, że będzie tak jak wcześniej wyparowała dawno temu, nie łudziłam się nawet, że może być dobrze. 'Rose, głupia idiotko, jak mogłaś coś takie zrobić?' Pytanie zadawane w każdej wolnej chwili przez własną podświadomość. Ochota przyznania się do wszystkich uczuć, wyrzucenia tego z siebie z dnia na dzień rosła. Byłam względem tego bezsilna.
Siedziałam na szkolnej stołówce mieszając w danej mi sałatce. Wgapiona w stołowy blat nie zauważałam nic poza tym. Poczułam ten zapach, który wywiódł mnie z zamyślenia. Słodki arbuz był zdecydowanie za blisko. Bałam się obrócić, bałam się spotkać jego oczy. Znów niekontrolowane uczucie zawładnęło mną. Odwróciłam się. Spotkałam go, dwa stoliki dalej. Siedział ze swoją nową paczką. Jego wzrok wgapiał się we mnie, doskonale to widziałam. Zagubione oczy przepełnione obojętnością i bólem mimo wszystko były tymi samymi, w których kochałam idealny, czekoladowy brąz i iskierki, może teraz już nie tak wyraźne, ale wciąż tkwiące w tym samym miejscu. Właśnie teraz, właśnie tu naszła mnie niewyobrażalnie silna chcęć wyznania mu wszystkiego. Z torby wyciągnęłam telefon i błyskawicznie napisałam SMS'a, właśnie do niego, prosząc o spotkanie za kilka minut przed szkołą. Może działam pod wpływam impulsu, ale to było silniejsze ode mnie. Ruszyłam w stronę kosza, by opróżnić tacę i odłożyć ją na właściwe miejsce. Wychodząc już ze stołówki posłałam szatynowi uśmiech pełen skruchy, może i mi się wydawało, ale w stu procentach go odwzajemniał. Nerwowo przygładziłam sukienkę, chodząc w kółko.
Czekałam zniecierpliwiona. W końcu drzwi się uchyliły ukazując sylwetkę chłopaka. Nieśmiało podniósł wzrok, nasze oczy się spotkały, niespodziewanie przeszedł mnie przyjemny dreszcz. Musiałam zacząć mimo wszystko, chciałam żeby znał prawdę.
- Cześć - zaczęłam cicho.
- Cześć - odpowiedział dość obojętnie, co trochę zabolało.
- Wiem, jest za późno, jednak chciałabym żebyś wiedział - wzięłam głęboki oddech - Wtedy, na balu, sama do końca nie wiem dlaczego dałam taką odpowiedź, bo to co czuję, jest zupełnie sprzeczne - z całego zaistniałego zdenerwowania w oczach pojawiły się łzy, które po niedługiej chwili zaczęły wypływać - Tak Justin, czuję do Ciebie to samo - chrypka dawała się we znaki, jednak chciałam dokończyć to co zaczęłam - Zakochałam się w Tobie, nie chciałam niszczyć przyjaźni, ale oboje wiemy, że jej już nie ma - wytarłam mokre policzki. Chłopak stał w miejscu przyglądając mi się z uwagą. Na jego twarzy nie wykryłam żadnego uczucia, może to dlatego, że dawno nie przebywałam w jego towarzystwie - Jeszcze raz przepraszam - wzięłam do ręki torebkę i szybkim krokiem zbiegłam po schodach pędząc w nieokreślonym kierunku. Znikając za rogiem szkoły zerknęłam na Justina, stał w tym samym miejscu chowając twarz w dłonie...
- - - - - - - - - - - - - - - - -
przepraszam, napisałam to w 30 minut i jest do dupy, nie chciałam, żeby to wyszło tak, ale jak już jest :|
*a i wielkie podziękowania dla thatbeeasy, za to, że zawsze da szczerą opinię co do rozdziału, no i za to, że pisze świetne opowiadanie :*
Tagi:
XI
Tak, to właśnie dziś, o godzinie 19 ma rozpocząć się szkolna zabawa. Justin ani razu nie odezwał się do mnie w szkole, tylko siedział sam, skulony na końcu korytarza. Gdy już nasze oczy się spotkały, szybko odwracał wzrok, jakby bał się nawiązać kontakt. Bolało. Nikt normalny nie czułby szczęścia tracąc dopiero co uzyskanego przyjaciela, tym bardziej jedynego.
Wracałam już do domu, gdy nagle przypomniało mi się coś niezwykle istotnego... NIE MAM SUKIENKI! Biegiem odwróciłam się pędząc do centrum handlowego. Jak mogłam zapomnieć?! Przecież to najważniejsze. Brawo Rose, geniuszu, jak chcesz znaleźć idealną sukienkę w, hm, dwie godziny? Przekroczyłam wejście szybko udając się do ulubionego sklepu. Wzięłam pierwszą, z pozoru dobrze wyglądającą sukienkę jednak gdy ją przymierzyłam, wyglądała tak zwyczajnie, a ja szukałam czegoś niepowtarzalnego, jedynego. Zwinnym ruchem ściągnęłam ciuszek, odkładając na swoje miejsce wyszłam ze sklepu. Moje oczy zatrzymały się na skromnej wystawie butiku, mimo że skromna, to przukuwała wzrok. Bez zbędnego zastanowienia udałam się tam, gdzie w moje ręce wpadły dwie, niezwykle piękne sukienki. Jedna leżała na mnie idealnie, jednak była trochę za krótka, druga zaś nie pasowała do sylwetki. Wychodząc już ze sklepu zobaczyłam na wieszaku cudo, po prostu wiedziałam już, że to jest to. Dla pewności przymierzyłam, leżała idealnie. Kupiłam ją wraz z kopertówką i dość wysokimi butami. Zadowolona udałam się do domu. Nim się spostrzegłam zegarek wskazywał godzinę siedemnastą. Ciepła kąpiel z olejkiem arbuzowym, który rozluźnił moje całkiem spięte mięśnie. Tego potrzebowałam. Tak bardzo przypominał mi Justina, który identycznie pachniał. W sumie kosmetyk dostałam właśnie od niego, nie tyle co dostałam tylko wzięłam. Mycie włosów i te sprawy. Owinięta w ręcznik weszłam do pokoju, z którego zabrałam odpowiednią bieliznę. Po chwili miałam ją juz na sobie myjąc zęby. Susząc włosy usłyszałam dźwięk dzwonka do drzwi. Szybko zbiegłam na dół, w ostatniej chwili przypominając sobie, że moim jedynym okryciem jest bielizna. Rzuciłam sie w stronę łazienki, skąd wzięłam porannik błyskawicznie go na siebie nakładając. Przed owalnymi drzwiami wzięłam jeszcze głęboki oddech. Gościem okazał się być Ethan. Przecież to dopiero szósta, mam jeszcze czterdzieści pięć minut. Ten, widząc moją zdezorientowaną minę odezwał się.
- Cześć, pomyślałem, że przed wyjściem możemy się lekko rozerwać - zarumienił się wyciągając zza siebie butelkę dobrego, czerwonego wina.
- Jasne, wejdź - przepuściłam go zatrzaskując drzwi. Brunet lustrował mnie wzrokiem, zagryzając przy tym dolną wargę.
- To twój strój? - zachichotał - Jeśli tak, idealny.
- Nie, po prostu nie spodziewałam się Ciebie tak wcześnie - powiedziałam nieśmiało.
- Przepraszam, spokojnie, możesz się iść szykować, tylko powiedz, gdzie masz kieliszki - uśmiechnął się. Bez słowa wskazałam na szafkę w biegu opuszczając kuchnię. Na górze wyprostowałam włosy i zaplotłam grzywkę w ten sposób. Makijaż postanowiłam zrobić całkiem delikatny, oko podkreśliłam eyelinerem tworząc efekt kociego oka. Trochę różu na policzki, tuszu do rzęs i ten etap miałam za sobą. Znów do moich uszu doszedł dość przyjemny dzwonek do drzwi.
- Możesz otworzyć? - krzyknęłam.
- Tak, pewnie - odpowiedział. Nie miałam pojęcia kto to może być, ani jakoś specjalnie nie chciałam słyszeć. Właśnie wkładałam sukienkę, gdy usłyszałam uchylanie drzwi. Delikatnie się obróciłam skupiając całą uwagę na sylwetce Justina.
- Cześć - zaczął zmieszany, ja tylko wgapiałam się tępym wzrokiem w jego cudne tęczówki - Słuchaj Rose, głupio wyszło, wiem. Zachowałem się jak skończony idiota, tylko dla tego, że.. - przerwałam mu.
- No cudownie, że to zauważyłeś. Co cię napadło? Co ja takiego zrobiłam? - próbowałam się skupić na zapinaniu sukienki, choć było trudno, gdyż zamek był umiejscowiony na plecach. Szatyn widząc jak się trudzę podszedł do mnie i szybko się z nim uporał.
- Rosalie, nie zrozumiesz - westchnął gdy ja nakładałam bransoletki oraz butów.
- No to chyba nie mamy o czym rozmawiać - powiedziałam z udawaną pogardą, sprawiając widoczny ból Justinowi - Teraz przepraszam, ale wybieram się na bal - spryskałam się perfumami od Coco Chanel, które przyszły pocztą, jako prezent świateczny od mamy. Chwyciłam jeszcze kopertówkę opuszczając pokój. Musiałam się bardzo ograniczać, by czasem nie rzucić się mu na szyję i powiedzieć, jak potwornie się czułam spędzając dni bez niego, jak bardzo mi na nim zależy. Cholera! Na porządku dziennym jest wyznawanie uczuć, ale nie, Ty musisz je ukrywać, kretynka. W kuchni zauważyłam już całkem rozluźnionego Ethana. Zachęcającym ruchem wysunął w moim kierunku lampkę wina. Pewnym krokiem podeszłam do blatu, upijając uprzednio łyk napoju bogów.
- Wyglądasz przepięknie - dostrzegłam iskierki szalejące w jego oczach.
- Dziękuję - delikatnie musnęłam jego policzek. W tym samym momencie zauważyłam schodzącego po schodach Justina. Rzucił mi spojrzenie typu 'wiem, jestem idotą, ale wybacz' i wyszedł. Świetnie, teraz przez cały wieczór moje myśli będą zajęte nim, właśnie wtedy, kiedy mam ochotę na chwilę zapomnienia. Z zamyśleń wyrwał mnie pociągający głos bruneta.
- Idziemy? - spytał, ja kiwnęłam twierdząco głową.
Przecież ona nie pije, co jej strzeliło - pomyślałem będąc już w drodze do domu. Tak bardzo chciałem przyznać się do moich uczuć wobec niej, ale nie, pan Ethan musiał już tam być. Dlaczego to jest dla mnie takie trudne? Wbiegłem na górę trzaskając drzwiami. Nie mogę przecież tak tu siedzeć i czekać, aż on ją zbajeruje, to ja coś do niej czuję i to ja z nią będę. Może brzmi to trochę samolubnie, jednak takie są moje uczucia, nie zmienię ich choćby nie wiem co. Szybko dorwałem się do szafy, gdzie skompletowałem odpowiedni strój. Zdobędę ją dziś, o ile mnie nie odrzuci...
Bez większych wstępów impreza się rozpoczęła. Cała szkoła bujała się w rytm klubowej muzyki. Byłam bardzo rozluźniona za sprawą wina, wypitego w domu wraz z Ethanem, który od samego początku nie odstępował mnie na krok. Było to miłe, jednak później trochę irytujące. Tak jak myślałam po południu, myśli cały czas zajęte były szatynem. Co takiego ma w sobie, że przyciąga do siebie z niewyobrażalną siłą? Byłam za to chorobliwie zła, jak ktoś mógł spłodzić takie cudo?! Ej ej, o czym Ty myślisz - lekko się zarumieniłam chichocząc pod nosem.
- Pozwolisz, że zostawię Cię na dwie, góra trzy piosenki? - spytał szarmanckim głosem brunet.
- Oczywiście,idź - starałam się wymusić uśmiech, z czego wyszedł niestety zniesmaczony grymas. Nalałam do szklanki ponczu i przyłożyłam do ust przechylając. Całkiem smaczny - stwierdziłam. Powoli zaczynały boleć stopy, więc postanowiłam usiąść. Jednak moje plany popsuła jedna postać, opierająca się o filar nieopodal. Wyglądał bardzo pociągająco, wyróżniał się w tłumie, zawsze dostrzegłabym czekoladowe tęczówki, pełne, malinowe usta proszące wręcz o pocałunek. Szatyn wgapiał się we mnie, tym samym dając znak ręką, bym podążyła za nim. Tak więc uczyniłam, błyskawicznie wstałam, szukając już wzrokiem chłopaka, który kierował się w stronę wyjścia.
- Musimy porozmawiać - powiedział cicho. Postanowiłam nie stawiać oporów, tylko wysłuchać co ma do powiedzenia - Rosalie, ja.. - speszony spuścił wzrok na ziemię - Długo się z tym zbieram, po prostu.. - jąkał się - Kurczę, Rose! Powiedz mi, co Ty masz takiego w sobie, że cały czas, bez przerwy myślę tylko o Tobie, tylko z Tobą chcę spędzać każdą wolną chwilę. Czuję, że jesteś tymi 36.6 stopniami przeznaczonymi dla mnie. Może wyjdę na kompletnego wariata odnajdując w Twoim chrapaniu esencję słodkości, a na samą myśl o porannym nie ogarze na włosach wręcz szaleję - oboje się zaśmialiśmy, choć teraz, gdy już wiem, że jego uczucia co do mnie są podobne to jednak nie mam tej pewności co kilka godzin temu. Czy warto psuć tak piękną przyjaźń? Momentalnie z mojej twarzy zniknął uśmiech. Nie mogłam.. podświadomość obudziła się właśnie teraz, gdy byłam pewna, że coś do niego czuję. Może być mój, jako mężczyzna, bądź jako przyjaciel - Rosalie, tylko powiedz, czy czujesz coś podobnego względem mnie? - spytał a w oczach szalały iskierki. Miałam ochotę zanieść się płaczem, tak bardzo chciałam, żeby był mój, jednak głupie wyrzuty sumienia robiły swoje. No bo jak to będzie wyglądać, a co jeśli nasze kontakty się popsują, a jeśli jako para w ogóle do siebie nie pasujemy? Milion pytań, żadnych odpowiedzi. Niekontrolowanie pokiwałam przecząco głową, nie zdając sobie sprawy z tego, jak jeden, nieprzemyślany gest pozmienia w naszych relacjach...
Wracałam już do domu, gdy nagle przypomniało mi się coś niezwykle istotnego... NIE MAM SUKIENKI! Biegiem odwróciłam się pędząc do centrum handlowego. Jak mogłam zapomnieć?! Przecież to najważniejsze. Brawo Rose, geniuszu, jak chcesz znaleźć idealną sukienkę w, hm, dwie godziny? Przekroczyłam wejście szybko udając się do ulubionego sklepu. Wzięłam pierwszą, z pozoru dobrze wyglądającą sukienkę jednak gdy ją przymierzyłam, wyglądała tak zwyczajnie, a ja szukałam czegoś niepowtarzalnego, jedynego. Zwinnym ruchem ściągnęłam ciuszek, odkładając na swoje miejsce wyszłam ze sklepu. Moje oczy zatrzymały się na skromnej wystawie butiku, mimo że skromna, to przukuwała wzrok. Bez zbędnego zastanowienia udałam się tam, gdzie w moje ręce wpadły dwie, niezwykle piękne sukienki. Jedna leżała na mnie idealnie, jednak była trochę za krótka, druga zaś nie pasowała do sylwetki. Wychodząc już ze sklepu zobaczyłam na wieszaku cudo, po prostu wiedziałam już, że to jest to. Dla pewności przymierzyłam, leżała idealnie. Kupiłam ją wraz z kopertówką i dość wysokimi butami. Zadowolona udałam się do domu. Nim się spostrzegłam zegarek wskazywał godzinę siedemnastą. Ciepła kąpiel z olejkiem arbuzowym, który rozluźnił moje całkiem spięte mięśnie. Tego potrzebowałam. Tak bardzo przypominał mi Justina, który identycznie pachniał. W sumie kosmetyk dostałam właśnie od niego, nie tyle co dostałam tylko wzięłam. Mycie włosów i te sprawy. Owinięta w ręcznik weszłam do pokoju, z którego zabrałam odpowiednią bieliznę. Po chwili miałam ją juz na sobie myjąc zęby. Susząc włosy usłyszałam dźwięk dzwonka do drzwi. Szybko zbiegłam na dół, w ostatniej chwili przypominając sobie, że moim jedynym okryciem jest bielizna. Rzuciłam sie w stronę łazienki, skąd wzięłam porannik błyskawicznie go na siebie nakładając. Przed owalnymi drzwiami wzięłam jeszcze głęboki oddech. Gościem okazał się być Ethan. Przecież to dopiero szósta, mam jeszcze czterdzieści pięć minut. Ten, widząc moją zdezorientowaną minę odezwał się.
- Cześć, pomyślałem, że przed wyjściem możemy się lekko rozerwać - zarumienił się wyciągając zza siebie butelkę dobrego, czerwonego wina.
- Jasne, wejdź - przepuściłam go zatrzaskując drzwi. Brunet lustrował mnie wzrokiem, zagryzając przy tym dolną wargę.
- To twój strój? - zachichotał - Jeśli tak, idealny.
- Nie, po prostu nie spodziewałam się Ciebie tak wcześnie - powiedziałam nieśmiało.
- Przepraszam, spokojnie, możesz się iść szykować, tylko powiedz, gdzie masz kieliszki - uśmiechnął się. Bez słowa wskazałam na szafkę w biegu opuszczając kuchnię. Na górze wyprostowałam włosy i zaplotłam grzywkę w ten sposób. Makijaż postanowiłam zrobić całkiem delikatny, oko podkreśliłam eyelinerem tworząc efekt kociego oka. Trochę różu na policzki, tuszu do rzęs i ten etap miałam za sobą. Znów do moich uszu doszedł dość przyjemny dzwonek do drzwi.
- Możesz otworzyć? - krzyknęłam.
- Tak, pewnie - odpowiedział. Nie miałam pojęcia kto to może być, ani jakoś specjalnie nie chciałam słyszeć. Właśnie wkładałam sukienkę, gdy usłyszałam uchylanie drzwi. Delikatnie się obróciłam skupiając całą uwagę na sylwetce Justina.
- Cześć - zaczął zmieszany, ja tylko wgapiałam się tępym wzrokiem w jego cudne tęczówki - Słuchaj Rose, głupio wyszło, wiem. Zachowałem się jak skończony idiota, tylko dla tego, że.. - przerwałam mu.
- No cudownie, że to zauważyłeś. Co cię napadło? Co ja takiego zrobiłam? - próbowałam się skupić na zapinaniu sukienki, choć było trudno, gdyż zamek był umiejscowiony na plecach. Szatyn widząc jak się trudzę podszedł do mnie i szybko się z nim uporał.
- Rosalie, nie zrozumiesz - westchnął gdy ja nakładałam bransoletki oraz butów.
- No to chyba nie mamy o czym rozmawiać - powiedziałam z udawaną pogardą, sprawiając widoczny ból Justinowi - Teraz przepraszam, ale wybieram się na bal - spryskałam się perfumami od Coco Chanel, które przyszły pocztą, jako prezent świateczny od mamy. Chwyciłam jeszcze kopertówkę opuszczając pokój. Musiałam się bardzo ograniczać, by czasem nie rzucić się mu na szyję i powiedzieć, jak potwornie się czułam spędzając dni bez niego, jak bardzo mi na nim zależy. Cholera! Na porządku dziennym jest wyznawanie uczuć, ale nie, Ty musisz je ukrywać, kretynka. W kuchni zauważyłam już całkem rozluźnionego Ethana. Zachęcającym ruchem wysunął w moim kierunku lampkę wina. Pewnym krokiem podeszłam do blatu, upijając uprzednio łyk napoju bogów.
- Wyglądasz przepięknie - dostrzegłam iskierki szalejące w jego oczach.
- Dziękuję - delikatnie musnęłam jego policzek. W tym samym momencie zauważyłam schodzącego po schodach Justina. Rzucił mi spojrzenie typu 'wiem, jestem idotą, ale wybacz' i wyszedł. Świetnie, teraz przez cały wieczór moje myśli będą zajęte nim, właśnie wtedy, kiedy mam ochotę na chwilę zapomnienia. Z zamyśleń wyrwał mnie pociągający głos bruneta.
- Idziemy? - spytał, ja kiwnęłam twierdząco głową.
*
Przecież ona nie pije, co jej strzeliło - pomyślałem będąc już w drodze do domu. Tak bardzo chciałem przyznać się do moich uczuć wobec niej, ale nie, pan Ethan musiał już tam być. Dlaczego to jest dla mnie takie trudne? Wbiegłem na górę trzaskając drzwiami. Nie mogę przecież tak tu siedzeć i czekać, aż on ją zbajeruje, to ja coś do niej czuję i to ja z nią będę. Może brzmi to trochę samolubnie, jednak takie są moje uczucia, nie zmienię ich choćby nie wiem co. Szybko dorwałem się do szafy, gdzie skompletowałem odpowiedni strój. Zdobędę ją dziś, o ile mnie nie odrzuci...
*
Bez większych wstępów impreza się rozpoczęła. Cała szkoła bujała się w rytm klubowej muzyki. Byłam bardzo rozluźniona za sprawą wina, wypitego w domu wraz z Ethanem, który od samego początku nie odstępował mnie na krok. Było to miłe, jednak później trochę irytujące. Tak jak myślałam po południu, myśli cały czas zajęte były szatynem. Co takiego ma w sobie, że przyciąga do siebie z niewyobrażalną siłą? Byłam za to chorobliwie zła, jak ktoś mógł spłodzić takie cudo?! Ej ej, o czym Ty myślisz - lekko się zarumieniłam chichocząc pod nosem.
- Pozwolisz, że zostawię Cię na dwie, góra trzy piosenki? - spytał szarmanckim głosem brunet.
- Oczywiście,idź - starałam się wymusić uśmiech, z czego wyszedł niestety zniesmaczony grymas. Nalałam do szklanki ponczu i przyłożyłam do ust przechylając. Całkiem smaczny - stwierdziłam. Powoli zaczynały boleć stopy, więc postanowiłam usiąść. Jednak moje plany popsuła jedna postać, opierająca się o filar nieopodal. Wyglądał bardzo pociągająco, wyróżniał się w tłumie, zawsze dostrzegłabym czekoladowe tęczówki, pełne, malinowe usta proszące wręcz o pocałunek. Szatyn wgapiał się we mnie, tym samym dając znak ręką, bym podążyła za nim. Tak więc uczyniłam, błyskawicznie wstałam, szukając już wzrokiem chłopaka, który kierował się w stronę wyjścia.
- Musimy porozmawiać - powiedział cicho. Postanowiłam nie stawiać oporów, tylko wysłuchać co ma do powiedzenia - Rosalie, ja.. - speszony spuścił wzrok na ziemię - Długo się z tym zbieram, po prostu.. - jąkał się - Kurczę, Rose! Powiedz mi, co Ty masz takiego w sobie, że cały czas, bez przerwy myślę tylko o Tobie, tylko z Tobą chcę spędzać każdą wolną chwilę. Czuję, że jesteś tymi 36.6 stopniami przeznaczonymi dla mnie. Może wyjdę na kompletnego wariata odnajdując w Twoim chrapaniu esencję słodkości, a na samą myśl o porannym nie ogarze na włosach wręcz szaleję - oboje się zaśmialiśmy, choć teraz, gdy już wiem, że jego uczucia co do mnie są podobne to jednak nie mam tej pewności co kilka godzin temu. Czy warto psuć tak piękną przyjaźń? Momentalnie z mojej twarzy zniknął uśmiech. Nie mogłam.. podświadomość obudziła się właśnie teraz, gdy byłam pewna, że coś do niego czuję. Może być mój, jako mężczyzna, bądź jako przyjaciel - Rosalie, tylko powiedz, czy czujesz coś podobnego względem mnie? - spytał a w oczach szalały iskierki. Miałam ochotę zanieść się płaczem, tak bardzo chciałam, żeby był mój, jednak głupie wyrzuty sumienia robiły swoje. No bo jak to będzie wyglądać, a co jeśli nasze kontakty się popsują, a jeśli jako para w ogóle do siebie nie pasujemy? Milion pytań, żadnych odpowiedzi. Niekontrolowanie pokiwałam przecząco głową, nie zdając sobie sprawy z tego, jak jeden, nieprzemyślany gest pozmienia w naszych relacjach...
Tagi:
X
Po chwili dźwięk kolejnego sms'a rozszedł się po moim pokoju... Tym razem była to wiadomość od Rosalie: ''Na pewno będę śnić o Tobie. Dobranoc Justin, R.'' Od razu poprawił mi się humor, choć myśl o poprzednim sms'ie trochę mnie zmartwiła. Czy komuś się naraziłem? Nie mam pojęcia.
Promienie słoneczne powoli przenikały przez ledwo co zasłonięte zasłony. Umysł stopniowo się rozbudzał. Leniwie przeciągnęłam się zerkając na zegarek, który wskazywał godzinę 11. Chwila.. miałam dziś plany. Główkowałam nad tym dobrą chwilę, gdy nagle po domu rozszedł się dzwonek. Szybko się zerwałam zarzucając na siebie porannik. Leniwie otworzyłam drzwi, w ktorych ukazała mi się sylwetka Justina. No tak, miał przyjść.
- Ups, zaspałam - podrapałam się po karku.
- Wcale mnie to nie zdziwiło - przywitał mnie ciepłym uściskiem. Udaliśmy się na górę gdzie od razu rzuciłam się na moje ukochane łóżko.
- O nie, mówiłem, że dziś nie będziemy leniuchować - skarcił mnie szatyn.
- Proszę no, zlituj się - błagałam.
- Nie i koniec, idziemy biegać - powiedział po czym wszedł do szafy skąd wygrzebał odpowiedni zestaw. Rzucił ubrania na łóżko po czym podszedł do mnie - Bardzo proszę, tam jest łazienka - wskazał ręką na drzwi - Idź się ogarnij - posłał mi najsłodszy uśmiech świata, któremu nie byłam w stanie odmówić. Poczłapałam wolno do łazienki gdzie wykonałam codzienne czynności. Wyszłam ubrana, uczesana i w pewnym sensie odświeżona, jednak nie zmieniało to faktu, że naprawdę nic mi się nie chciało.
- Cudownie, teraz chodź - chwycił mnie za ramię ciągnąc w stronę drzwi wyjściowych. Nasza poranna gimnastyka rozpoczęła się. Biegliśmy przez centrum miasta, stamtąd do parku gdzie zrobiliśmy przerwę. Cała zasapana usiadłam na ławce nie mogąc złapać oddechu.
- Przyniosę coś do picia - zasugerował Bieber.
- Wow, świetny pomysł, myślałam że dopiero na niego wpadniesz gdy się tu uduszę - powiedziałam sarkastycznie. Szatyn odszedł, a po chwili na jego miejscu stanął nieznany mi chłopak. Spojrzałam na niego pytająco, chcąc się dowiedzieć czego chce.
- Cześć Rosalie - uśmiechnął się słodko. Rząd bialutkich zębów lśnił na kilometr.
- Cześć, przepraszam, ale czy my się znamy? - spytałam nieco zdezorientowana.
- Właśnie nie, nazywam się Ethan (czyt. Itan), chodzimy razem do szkoły - znów posłał mi ten zabójczy uśmiech - Może i się nie znamy, ale.. No wiesz, chciałbym Cię zaprosić na bal o ile nie jesteś już zajęta, poznalibyśmy się. Wyglądasz na bardzo miłą osobę - speszył się przez co spuścił wzrok. Chwilę się zastanawiałam, ale jeśli Justin nie idzie to co mi szkodzi? Również wyglądał na bardzo miłego.
- Z przyjemnością - odparłam po chwili. Po tych słowach chłopak widocznie się rozpromienił, bo na powrót ukazała mi się biel prostych zębów i dołeczki, które u płci przeciwnej tak uwielbiałam.
- Nawet nie wiesz jak się cieszę, to może podasz mi swój numer, zgadamy się jeszcze - tak oczywiście zrobiłam.
- To do zobaczenia Rose - podałam mu rękę, którą z wielką gracją ucałował, a ja chyba się zarumieniłam. Nim się spostrzegłam Justin wracał z dwiema butelkami wody niegazowanej.
- Przepraszam, że tak długo - odrzekłem podając jej jedną z butelek. Ta od razu odkręciła ją i upiła dwa łyki.
- Justin, znasz niejakiego Ethana? - spytała niepewnie.
- Tak, naprawdę fajny koleś, czemu pytasz?
- Jak poszedłeś do sklepu, to chwilę rozmawialiśmy i zaprosił mnie na bal - prawie niewidocznie się uśmiechnęła. Wszystko się we mnie gotowało, to ja miałem ją zaprosić, to ja miałem się z nią dobrze bawić. Brawo Justin, naprawdę świetnie to rozegrałeś! Idiota.
- Oo, cieszę się - przegryzłem dolną wargę, by czasem nie zauważyła mojego zdenerwowania.
- Można powiedzieć, że ja też - uśmiechnęła się szeroko - Na początku myślałam, że jednak pójdziesz na bal ze mną, ale powiedziałeś, że nie idziesz.. - spuściła wzrok. Debil, idiota, frajer - tyle o mnie. Teraz myślałem, że wybuchnę. Gwałtownie wstałem.
- Ehm, muszę iść - rzuciłem - Do zobaczenia - nie pożegnałem się z nią tak jak mieliśmy w zwyczaju, czyli buziakiem w policzek, po prostu odszedłem jak skończony kretyn.
Odszedł bez żadnego wyjaśnienia. Głuchy na wszelkie krzyki. Nie miałam pojęcia o co mu może chodzić. Czy chodziło mu o Ethana? Że zaprosił mnie na bal? Tak, to bardzo prawdopodobne. Niepewnym krokiem podążałam ulicą prowadzącą już do mojego domu. Moje myśli cały czas zajęte były dziwnym zachowaniem szatyna.
Do samego wieczora nie odezwał się, nie dał znaku życia. Przecież nie zaprosił mnie, a wiedział doskonale, że się tam wybieram. To nie ja zawiniłam.. Nie zamieniliśmy zdania również kolejnego dnia, bolał fakt, że tak po prostu z dnia na dzień tracimy kontakt. Bal jest w środę, muszę do tego czasu z nim porozmawiać. Zwinnym ruchem chwyciłam telefon wybierając numer Justina. Nie odebrał. Może nie mógł.. Przynajmniej tak to sobie tłumaczyłam. Rozległo się pukanie do drzwi. Miałam szczerą nadzieję, że to on, że wytłumaczy mi co jest grane. Szybko pociągnęłam drzwi w swoim kierunku, lecz nikogo w nich nie zobaczyłam. Czułam się, hm, zawiedziona? Opuszczona? Tak, co takiego. Spuściłam wzrok wycofując się do tyłu, ale coś przykuło moją uwagę. Na wycieraczce leżała koperta. Schyliłam się po nią po czym weszłam do domu. W salonie niepewnie ją otworzyłam, nie mając pojęcia kto może być nadawcą.
Tak jakby zrobiło mi się cieplej tam w środku, bardzo miło z jego strony, że napisał coś takiego. Rzeczywiście świetny z niego chłopak..
Byłem cholernie na siebie zły, ale nie mogłem, po prostu nie mogłem teraz do niej iść i udawać, że wszystko gra. Za bardzo mi na niej zależy, żeby rozmawiać o innym chłopaku, który jak sądzę niedługo mi ją odbierze. Boli i to bardzo, jednak jestem bezsilny w tej kwestii. Dzwoniła, ale nie byłem w stanie odebrać. Usłyszeć ten cudowny głos, teraz, gdy próbowałem w pewniem sposób odizolować się od niej, żeby mniej bolało. Skończony kretyn nie potrafiący wyrażać swoich uczuć wprost.
- - - - - - - - - - - - - - - - - -
mhm, okej.
nie będę już wymagać, piszcie co chcecie, ile chcecie, gdzie chcecie. Macie ochotę? Proszę bardzo, będzie mi na pewno miło z tego powodu, ale już nie zmuszam..
A i do jednej z komentujących wczorajszy post: Wcale nie mam zamiaru usuwać tego bloga, ponieważ za bardzo przywiązałam się do jego historii. Chciałam po prostu sprawdzić ilu nas jest i tyle.
*
Promienie słoneczne powoli przenikały przez ledwo co zasłonięte zasłony. Umysł stopniowo się rozbudzał. Leniwie przeciągnęłam się zerkając na zegarek, który wskazywał godzinę 11. Chwila.. miałam dziś plany. Główkowałam nad tym dobrą chwilę, gdy nagle po domu rozszedł się dzwonek. Szybko się zerwałam zarzucając na siebie porannik. Leniwie otworzyłam drzwi, w ktorych ukazała mi się sylwetka Justina. No tak, miał przyjść.
- Ups, zaspałam - podrapałam się po karku.
- Wcale mnie to nie zdziwiło - przywitał mnie ciepłym uściskiem. Udaliśmy się na górę gdzie od razu rzuciłam się na moje ukochane łóżko.
- O nie, mówiłem, że dziś nie będziemy leniuchować - skarcił mnie szatyn.
- Proszę no, zlituj się - błagałam.
- Nie i koniec, idziemy biegać - powiedział po czym wszedł do szafy skąd wygrzebał odpowiedni zestaw. Rzucił ubrania na łóżko po czym podszedł do mnie - Bardzo proszę, tam jest łazienka - wskazał ręką na drzwi - Idź się ogarnij - posłał mi najsłodszy uśmiech świata, któremu nie byłam w stanie odmówić. Poczłapałam wolno do łazienki gdzie wykonałam codzienne czynności. Wyszłam ubrana, uczesana i w pewnym sensie odświeżona, jednak nie zmieniało to faktu, że naprawdę nic mi się nie chciało.
- Cudownie, teraz chodź - chwycił mnie za ramię ciągnąc w stronę drzwi wyjściowych. Nasza poranna gimnastyka rozpoczęła się. Biegliśmy przez centrum miasta, stamtąd do parku gdzie zrobiliśmy przerwę. Cała zasapana usiadłam na ławce nie mogąc złapać oddechu.
- Przyniosę coś do picia - zasugerował Bieber.
- Wow, świetny pomysł, myślałam że dopiero na niego wpadniesz gdy się tu uduszę - powiedziałam sarkastycznie. Szatyn odszedł, a po chwili na jego miejscu stanął nieznany mi chłopak. Spojrzałam na niego pytająco, chcąc się dowiedzieć czego chce.
- Cześć Rosalie - uśmiechnął się słodko. Rząd bialutkich zębów lśnił na kilometr.
- Cześć, przepraszam, ale czy my się znamy? - spytałam nieco zdezorientowana.
- Właśnie nie, nazywam się Ethan (czyt. Itan), chodzimy razem do szkoły - znów posłał mi ten zabójczy uśmiech - Może i się nie znamy, ale.. No wiesz, chciałbym Cię zaprosić na bal o ile nie jesteś już zajęta, poznalibyśmy się. Wyglądasz na bardzo miłą osobę - speszył się przez co spuścił wzrok. Chwilę się zastanawiałam, ale jeśli Justin nie idzie to co mi szkodzi? Również wyglądał na bardzo miłego.
- Z przyjemnością - odparłam po chwili. Po tych słowach chłopak widocznie się rozpromienił, bo na powrót ukazała mi się biel prostych zębów i dołeczki, które u płci przeciwnej tak uwielbiałam.
- Nawet nie wiesz jak się cieszę, to może podasz mi swój numer, zgadamy się jeszcze - tak oczywiście zrobiłam.
- To do zobaczenia Rose - podałam mu rękę, którą z wielką gracją ucałował, a ja chyba się zarumieniłam. Nim się spostrzegłam Justin wracał z dwiema butelkami wody niegazowanej.
*
- Przepraszam, że tak długo - odrzekłem podając jej jedną z butelek. Ta od razu odkręciła ją i upiła dwa łyki.
- Justin, znasz niejakiego Ethana? - spytała niepewnie.
- Tak, naprawdę fajny koleś, czemu pytasz?
- Jak poszedłeś do sklepu, to chwilę rozmawialiśmy i zaprosił mnie na bal - prawie niewidocznie się uśmiechnęła. Wszystko się we mnie gotowało, to ja miałem ją zaprosić, to ja miałem się z nią dobrze bawić. Brawo Justin, naprawdę świetnie to rozegrałeś! Idiota.
- Oo, cieszę się - przegryzłem dolną wargę, by czasem nie zauważyła mojego zdenerwowania.
- Można powiedzieć, że ja też - uśmiechnęła się szeroko - Na początku myślałam, że jednak pójdziesz na bal ze mną, ale powiedziałeś, że nie idziesz.. - spuściła wzrok. Debil, idiota, frajer - tyle o mnie. Teraz myślałem, że wybuchnę. Gwałtownie wstałem.
- Ehm, muszę iść - rzuciłem - Do zobaczenia - nie pożegnałem się z nią tak jak mieliśmy w zwyczaju, czyli buziakiem w policzek, po prostu odszedłem jak skończony kretyn.
*
Odszedł bez żadnego wyjaśnienia. Głuchy na wszelkie krzyki. Nie miałam pojęcia o co mu może chodzić. Czy chodziło mu o Ethana? Że zaprosił mnie na bal? Tak, to bardzo prawdopodobne. Niepewnym krokiem podążałam ulicą prowadzącą już do mojego domu. Moje myśli cały czas zajęte były dziwnym zachowaniem szatyna.
Do samego wieczora nie odezwał się, nie dał znaku życia. Przecież nie zaprosił mnie, a wiedział doskonale, że się tam wybieram. To nie ja zawiniłam.. Nie zamieniliśmy zdania również kolejnego dnia, bolał fakt, że tak po prostu z dnia na dzień tracimy kontakt. Bal jest w środę, muszę do tego czasu z nim porozmawiać. Zwinnym ruchem chwyciłam telefon wybierając numer Justina. Nie odebrał. Może nie mógł.. Przynajmniej tak to sobie tłumaczyłam. Rozległo się pukanie do drzwi. Miałam szczerą nadzieję, że to on, że wytłumaczy mi co jest grane. Szybko pociągnęłam drzwi w swoim kierunku, lecz nikogo w nich nie zobaczyłam. Czułam się, hm, zawiedziona? Opuszczona? Tak, co takiego. Spuściłam wzrok wycofując się do tyłu, ale coś przykuło moją uwagę. Na wycieraczce leżała koperta. Schyliłam się po nią po czym weszłam do domu. W salonie niepewnie ją otworzyłam, nie mając pojęcia kto może być nadawcą.
''Co tak właściwie mnie w Tobie zafascynowało? Może to, że mimo wszystko uśmiechasz się, starasz się przybrać pokerową twarz. Nie znam Cię, nie wiem jaki jest Twój charakter, widuję Cię tylko na szkolnym korytarzu. Jednak zawróciłaś mi w głowie do tego stopnia, że nie mogę przestać o Tobie myśleć. Twoje oczy pojawiają się wszędzie, na każdej twarzy osoby, na którą patrzę. Twoje ponętne usta zawsze ułożone w nienaganny uśmiech. Przynajmniej zawsze gdy na Ciebie patrzę. Blond włosy opadające niesfornie na ramiona. Wyszukuję Cię pośród innych uczniów, zawsze napawam się Twoim wdziękiem. Tak jak wspominałem, nie znamy się, nic o sobie nie wiemy, ale to nie szkodzi, będzie na to czas. Przynajmniej mam taką nadzieję. Z niecierpliwością czekam na środowy bal, na którym mam okazję Tobie towarzyszyć. Pewnie już wiesz, kto napisał te słowa, pochodzące z serca. Do środy Rose.''
Tak jakby zrobiło mi się cieplej tam w środku, bardzo miło z jego strony, że napisał coś takiego. Rzeczywiście świetny z niego chłopak..
*
Byłem cholernie na siebie zły, ale nie mogłem, po prostu nie mogłem teraz do niej iść i udawać, że wszystko gra. Za bardzo mi na niej zależy, żeby rozmawiać o innym chłopaku, który jak sądzę niedługo mi ją odbierze. Boli i to bardzo, jednak jestem bezsilny w tej kwestii. Dzwoniła, ale nie byłem w stanie odebrać. Usłyszeć ten cudowny głos, teraz, gdy próbowałem w pewniem sposób odizolować się od niej, żeby mniej bolało. Skończony kretyn nie potrafiący wyrażać swoich uczuć wprost.
- - - - - - - - - - - - - - - - - -
mhm, okej.
nie będę już wymagać, piszcie co chcecie, ile chcecie, gdzie chcecie. Macie ochotę? Proszę bardzo, będzie mi na pewno miło z tego powodu, ale już nie zmuszam..
A i do jednej z komentujących wczorajszy post: Wcale nie mam zamiaru usuwać tego bloga, ponieważ za bardzo przywiązałam się do jego historii. Chciałam po prostu sprawdzić ilu nas jest i tyle.
xoxo
Tagi:
IX
kiedyś pobijałyście rekordy w komentarzach.
a teraz w dwa dni ledwo 5? co się dzieje?
czy straciłam czytelników?
obserwuje mnie 17 boblowiczów, to czy tak trudno dać kilka szczerych słów, przez które moje samopoczucie na pewno by się polepszyło? to taka wielka sztuka?
przepraszam, wymagam tego, bo nie wiem czy ma dla kogo pisać i czy mój blog jest czytany.
jeśli przeczytałeś, zostaw opinię, nawet jeśli nie będzie należała do tych lepszych, liczy się każde słowo.
dziękuję, mam nadzieję, że dotrze to do was.
a teraz w dwa dni ledwo 5? co się dzieje?
czy straciłam czytelników?
obserwuje mnie 17 boblowiczów, to czy tak trudno dać kilka szczerych słów, przez które moje samopoczucie na pewno by się polepszyło? to taka wielka sztuka?
przepraszam, wymagam tego, bo nie wiem czy ma dla kogo pisać i czy mój blog jest czytany.
jeśli przeczytałeś, zostaw opinię, nawet jeśli nie będzie należała do tych lepszych, liczy się każde słowo.
dziękuję, mam nadzieję, że dotrze to do was.
xoxo
Tagi:
komentarze
- Okej, skoro tak uważasz. To proszę bardzo, wybieraj, my albo ona - zwrócił głowę w stronę, po której jeszcze przed chwilą znajdowała się Rosalie...
- Ja już wybrałem. Ona przynajmniej pokazała mi co znaczy prawdziwa przyjaźń.
- Zastanów się dobrze - powiedziała nieco smutniej Alexis - Wiesz, że mi na Tobie zależy.
- Radźcie sobie sami - powiedziałem obojętnie po czym odszedłem. Jak najprędzej chciałem znaleźć Rose, po prostu przy niej być, potrzebowałem tego jak nigdy niczego. Stała tam, niepewnie opierając się o framugę drzwi namiętnie szukając czegoś w torbie. Szybko ruszyłem w jej kierunku, by czasem mi nie uciekła.
- Obecny - powiedziałem błyskawicznie.
- Czego chcieli? - rzuciła głową w ich kierunku.
- Żebym dokonał wyboru, Ty albo oni - prychnąłem - I oczywiście, wybrałem Ciebie - wyprzedziłem jej dalsze pytanie. Ta w odpowiedzi rzuciła mi się na szyję.
Po trzeciej lekcji pewnym krokiem ruszyliśmy w stronę stołówki. Stojąc w kolejce po jedzenie, Ian, szkolny podrywacz wzrokiem pełnym pożądania wgapiał się w Rose. Przyznam, denerwowało mnie to, ale przecież nie mogłem nic zrobić, nie byliśmy parą.
- Cześć - odezwał się do dziewczyny.
- Ee, cześć - zawahała się.
- Bolało jak spadłaś z nieba? - rzucił typowy tekst podrywacza, przez który mnie zemdliło, Rosalie chyba również nie była zadowolona.
- Hm, a możesz darować sobie takie tandetne teksty? - uśmiechnęła się słodko. Ten zrobił lekko zdezorientowaną minę spoglądając raz na mnie, raz na Rosalie.
- Okej, nie denerwuj się dziewczyno, po prostu chciałem wiedzieć czy jesteś wolna - puścił jej cwaniacki uśmieszek. Ta nie wiedząc co powiedzieć kątem oka zerknęła na mnie, za to ja pokiwałem przecząco głową, dając znak Rose, by czasem się nie zgadzała.
- Ee, nie? - jęknęła - To znaczy.. nie - powiedziała pewniej. Ten zmarszczył brwi, po chwili machnął ręką i odszedł. Dziewczyna głośno wypuściła powietrze z płuc.
- Kto to był? - spytała gdy już zajęliśmy miejsca przy stole.
- Ian, szkolny podrywacz - powiedziałem przeżuwając kawałek kanapki.
- Ten tekst mnie dobił - stwierdziła robiąc zniesmaczoną minę. W odpowiedzi głośno się zaśmiałem.
Powoli kierowałam się w stronę drzwi wyjściowych, by udać się prosto do domu, jednak moją uwagę przykuł plakat gigantycznych rozmiarów na których widniał napis: ''WIELKI BAL'' W regulaminie było napisane, że każdy uczeń musi się pojawić i że chłopcy zapraszają dziewczyny. Świetnie, zawsze lubiłam tego typu imprezy, jednak to, na jakim stopniu popularności się znajduję na pewno przeszkodzi mi w dobrej zabawie. A z resztą nikt i tak mnie nie zaprosi.. Z zamyśleń wyrwał mnie Bieber.
- Bal?! - wydarł się na cały korytarz - Nienawidzę tego - westchnął.
- Ale jak widzisz, każdy musi się pojawić..
- Nigdzie nie idę - uśmiechnął się.
- Stanowczy z Ciebie gość, tak samo dziś rano.. - potrząsnęłam głową chcąc odgonić myśli o gilgotkach.
- No a Ty idziesz? - uniósł prawą brew do góry.
- Nie wiem - wyminęłam go pchając drzwi. Ten po chwili jednak towarzyszył mi w drodze powrotnej do domu. Rozmowa się kleiła, jak zawsze z resztą. Jak zwykle Justin został u mnie po szkole. Ułożyliśmy się wygodnie na łóżku w moim pokoju wgapiając się w sufit.
- Wiesz.. chyba pójdę na ten bal,nawet jeśli będę sama - uśmiechnęłam się do siebie - A myślisz, że ktoś mnie zaprosi? - przeturlałam się na prawo, gdzie spotkałam sylwetkę Justina.
- Pewnie tak, jak widzisz chłopcy interesują się Tobą - wzruszył ramionami. Dziwnie się czułam rozmawiając z nim na taki temat, ale przecież to mój przyjaciel.. tak, właśnie, przyjaciel. Nie oczekuję niczego więcej, to jest niewykonalne. Okej, może i dużo rzeczy nas łączy, jednak on liczy na przyjaźń. Cudownie byłoby mieć ten tors, te usta, oczy tylko dla siebie. Stop! Rosalie Brown o czym Ty do jasnej cholery myślisz?! Jak najszybciej odgoniłam marzenia.. tak, było to moim marzeniem.
- O czym myślisz? - spytał szatyn gładząc moje przedramię.
- Ah, o niczym - westchnęłam, przecież nie powiem, że fantazjowałam właśnie o nim! Wyszłabym na skończoną idiotkę. Zakochać się w przyjacielu, nic normalnego.
- Muszę iść - przeciągnął się - Miło było z Tobą poleniuchować - zaśmialiśmy się oboje. Posłał mi jeden z tych swoich uśmiechów, przez który miałam dreszcze, tylko i wyłącznie te przyjemne.
- Przyjdziesz jutro? - spytałam niepewnie przypominając sobie, że właśnie rozpoczął się weekend.
- Pewnie, będę koło 11. Pasuje?
- Oczywiście - lekko się podniosłam dając Justinowi buziaka w policzek - Przepraszam, ale jestem zbyt leniwa by Cię odprowadzić, wiesz gdzie są drzwi - zrobiłam pewną siebie minę.
- Tylko byś leniuchowała, nie pozwolę na to, jutro przygotuję dla nas coś innego niż tylko leżenie na łóżku - zachichotał - No to do jutra, księżniczko - objął mnie ramionami, po czym opuścił pokój.
Właśnie zamknąłem drzwi od jej domu. Na dworze robiło się szaro, jednak i tak było gorąco. Bal. Tak, może i nie lubię tego, jednak dla niej mógłbym tam iść. Tylko jakby to wyglądało, przyjaciel z przyjaciółką, z resztą pewnie wolałaby iść z kimś innym, przecież nie mam co liczyć na coś więcej, to przyjaźń, tak zapewne pozostanie.
W domu, gdy już szykowałem się do snu, szybkim ruchem wziąłem do ręki telefon wystukując odpowiednie litery składając w zdanie: ''Mam nadzieję, że będziesz śnić o mnie. Dobranoc księżniczko, J.'' Na odpowiedź nie czekałem długo. Jednak gdy na wyświetlaczu pojawił się nieznany mi numer trochę się zdziwiłem. Treść sms'a była następująca: ''Uważaj na nią, bohaterze od siedmiu boleści który wybrał niewłaściwą drogę'' Kto to mógł być.. Nie miałem pojęcia, a może to pomyłka, przynajmniej taką miałem nadzieję. Oby nie chodziło tu o Rosalie.. Po chwili dźwięk kolejnego sms'a rozszedł się po moim pokoju...
- - - - - - - - - - - - - - -
komentarze? szczerze spodziewałam się ich o wiele więcej, przepraszam, jeśli rozdział się nie udał, w takim razie ten również jest do d*py ._.
Ale jeśli przeczytałaś to bardzo proszę zostaw coś po sobie :>
- Ja już wybrałem. Ona przynajmniej pokazała mi co znaczy prawdziwa przyjaźń.
- Zastanów się dobrze - powiedziała nieco smutniej Alexis - Wiesz, że mi na Tobie zależy.
- Radźcie sobie sami - powiedziałem obojętnie po czym odszedłem. Jak najprędzej chciałem znaleźć Rose, po prostu przy niej być, potrzebowałem tego jak nigdy niczego. Stała tam, niepewnie opierając się o framugę drzwi namiętnie szukając czegoś w torbie. Szybko ruszyłem w jej kierunku, by czasem mi nie uciekła.
- Obecny - powiedziałem błyskawicznie.
- Czego chcieli? - rzuciła głową w ich kierunku.
- Żebym dokonał wyboru, Ty albo oni - prychnąłem - I oczywiście, wybrałem Ciebie - wyprzedziłem jej dalsze pytanie. Ta w odpowiedzi rzuciła mi się na szyję.
Po trzeciej lekcji pewnym krokiem ruszyliśmy w stronę stołówki. Stojąc w kolejce po jedzenie, Ian, szkolny podrywacz wzrokiem pełnym pożądania wgapiał się w Rose. Przyznam, denerwowało mnie to, ale przecież nie mogłem nic zrobić, nie byliśmy parą.
- Cześć - odezwał się do dziewczyny.
- Ee, cześć - zawahała się.
- Bolało jak spadłaś z nieba? - rzucił typowy tekst podrywacza, przez który mnie zemdliło, Rosalie chyba również nie była zadowolona.
- Hm, a możesz darować sobie takie tandetne teksty? - uśmiechnęła się słodko. Ten zrobił lekko zdezorientowaną minę spoglądając raz na mnie, raz na Rosalie.
- Okej, nie denerwuj się dziewczyno, po prostu chciałem wiedzieć czy jesteś wolna - puścił jej cwaniacki uśmieszek. Ta nie wiedząc co powiedzieć kątem oka zerknęła na mnie, za to ja pokiwałem przecząco głową, dając znak Rose, by czasem się nie zgadzała.
- Ee, nie? - jęknęła - To znaczy.. nie - powiedziała pewniej. Ten zmarszczył brwi, po chwili machnął ręką i odszedł. Dziewczyna głośno wypuściła powietrze z płuc.
- Kto to był? - spytała gdy już zajęliśmy miejsca przy stole.
- Ian, szkolny podrywacz - powiedziałem przeżuwając kawałek kanapki.
- Ten tekst mnie dobił - stwierdziła robiąc zniesmaczoną minę. W odpowiedzi głośno się zaśmiałem.
*
Powoli kierowałam się w stronę drzwi wyjściowych, by udać się prosto do domu, jednak moją uwagę przykuł plakat gigantycznych rozmiarów na których widniał napis: ''WIELKI BAL'' W regulaminie było napisane, że każdy uczeń musi się pojawić i że chłopcy zapraszają dziewczyny. Świetnie, zawsze lubiłam tego typu imprezy, jednak to, na jakim stopniu popularności się znajduję na pewno przeszkodzi mi w dobrej zabawie. A z resztą nikt i tak mnie nie zaprosi.. Z zamyśleń wyrwał mnie Bieber.
- Bal?! - wydarł się na cały korytarz - Nienawidzę tego - westchnął.
- Ale jak widzisz, każdy musi się pojawić..
- Nigdzie nie idę - uśmiechnął się.
- Stanowczy z Ciebie gość, tak samo dziś rano.. - potrząsnęłam głową chcąc odgonić myśli o gilgotkach.
- No a Ty idziesz? - uniósł prawą brew do góry.
- Nie wiem - wyminęłam go pchając drzwi. Ten po chwili jednak towarzyszył mi w drodze powrotnej do domu. Rozmowa się kleiła, jak zawsze z resztą. Jak zwykle Justin został u mnie po szkole. Ułożyliśmy się wygodnie na łóżku w moim pokoju wgapiając się w sufit.
- Wiesz.. chyba pójdę na ten bal,nawet jeśli będę sama - uśmiechnęłam się do siebie - A myślisz, że ktoś mnie zaprosi? - przeturlałam się na prawo, gdzie spotkałam sylwetkę Justina.
- Pewnie tak, jak widzisz chłopcy interesują się Tobą - wzruszył ramionami. Dziwnie się czułam rozmawiając z nim na taki temat, ale przecież to mój przyjaciel.. tak, właśnie, przyjaciel. Nie oczekuję niczego więcej, to jest niewykonalne. Okej, może i dużo rzeczy nas łączy, jednak on liczy na przyjaźń. Cudownie byłoby mieć ten tors, te usta, oczy tylko dla siebie. Stop! Rosalie Brown o czym Ty do jasnej cholery myślisz?! Jak najszybciej odgoniłam marzenia.. tak, było to moim marzeniem.
- O czym myślisz? - spytał szatyn gładząc moje przedramię.
- Ah, o niczym - westchnęłam, przecież nie powiem, że fantazjowałam właśnie o nim! Wyszłabym na skończoną idiotkę. Zakochać się w przyjacielu, nic normalnego.
- Muszę iść - przeciągnął się - Miło było z Tobą poleniuchować - zaśmialiśmy się oboje. Posłał mi jeden z tych swoich uśmiechów, przez który miałam dreszcze, tylko i wyłącznie te przyjemne.
- Przyjdziesz jutro? - spytałam niepewnie przypominając sobie, że właśnie rozpoczął się weekend.
- Pewnie, będę koło 11. Pasuje?
- Oczywiście - lekko się podniosłam dając Justinowi buziaka w policzek - Przepraszam, ale jestem zbyt leniwa by Cię odprowadzić, wiesz gdzie są drzwi - zrobiłam pewną siebie minę.
- Tylko byś leniuchowała, nie pozwolę na to, jutro przygotuję dla nas coś innego niż tylko leżenie na łóżku - zachichotał - No to do jutra, księżniczko - objął mnie ramionami, po czym opuścił pokój.
*
Właśnie zamknąłem drzwi od jej domu. Na dworze robiło się szaro, jednak i tak było gorąco. Bal. Tak, może i nie lubię tego, jednak dla niej mógłbym tam iść. Tylko jakby to wyglądało, przyjaciel z przyjaciółką, z resztą pewnie wolałaby iść z kimś innym, przecież nie mam co liczyć na coś więcej, to przyjaźń, tak zapewne pozostanie.
W domu, gdy już szykowałem się do snu, szybkim ruchem wziąłem do ręki telefon wystukując odpowiednie litery składając w zdanie: ''Mam nadzieję, że będziesz śnić o mnie. Dobranoc księżniczko, J.'' Na odpowiedź nie czekałem długo. Jednak gdy na wyświetlaczu pojawił się nieznany mi numer trochę się zdziwiłem. Treść sms'a była następująca: ''Uważaj na nią, bohaterze od siedmiu boleści który wybrał niewłaściwą drogę'' Kto to mógł być.. Nie miałem pojęcia, a może to pomyłka, przynajmniej taką miałem nadzieję. Oby nie chodziło tu o Rosalie.. Po chwili dźwięk kolejnego sms'a rozszedł się po moim pokoju...
- - - - - - - - - - - - - - -
komentarze? szczerze spodziewałam się ich o wiele więcej, przepraszam, jeśli rozdział się nie udał, w takim razie ten również jest do d*py ._.
Ale jeśli przeczytałaś to bardzo proszę zostaw coś po sobie :>
Tagi:
VIII
[muzyka]
Biegliśmy ile sił w nogach, nie zwracając większej uwagi na popychanych przez nas przechodniów. Próg szpitala przekraczaliśmy kilka chwil po tym szybko biegnąc do właściwej sali. Przed drzwiami wzięłam głęboki oddech, bo jakby nie było za chwilę dowiem się czy mój braciszek żyje i czy ma się dobrze, bądź, czy już go z nami nie ma.. Nie, tak nie jest! Powoli drzwi otworzyły się zupełnie, a ja niepewnie wkroczyłam do sali. Zauważyłam chłopca, wciąż tego samego, tylko teraz.. teraz tętniło z niego życie. Żył..
- Rosalie? - spytał ochrypniętym cieńkim głosikiem.
- Tak mały, to ja - szybko podbiegłam do łóżka mocno go tuląc. Pierwszy raz od jakiegoś czasu z moim oczu poleciały łzy szczęścia.
- Co tu robisz?
- Przyjechałam, tak bardzo się o Ciebie bałam - pogładziłam go po policzku.
- Spokojnie, już wszystko dobrze - otarł swoimi nadzwyczajnie małymi rączkami moje mokre policzki - Nie płacz - uśmiechnął się. Zachichotałam. Cieszyłam się, że mam go przy sobie, nie liczyło się nic więcej. Przelotnie zerknęłam na mamę siedzącą blisko nas, nawet nie drgnęła tylko co jakiś czas zasłaniała twarz lewą dłonią.
- Co się stało, mamo? - spytał nieco zdezorientowany Dylan.
- Nie nic skarbie - powiedziała cicho.
- Kiedy stąd wyjdę?
- Już jutro - powiedziała, a w oczach chłopca można było dostrzec małe iskierki.
- Zostaniesz już z nami? - spytał niepewnie.
- Przykro mi, ale muszę wracać - spuściłam wzrok. Widocznie się zaśmucił.
- To wracaj już - obrócił wzrok w przeciwną stronę - Nie zatrzymam Cię tu - dodał.
- Dylan, ale zrozum, zostało mało czasu do wakacji, na pewno Cię wtedy odwiedzę - zapewniłam z lekkim uśmieszkiem.
- Obiecujesz?
- Oczywiście, jak zawsze - delikatnie pogładziłam plecy dziecka.
- Dobrze, to wracaj szybko - mocno objął moją szyję, jak ja jego ramiona.
Dziewczyna delikatnie chwyciła mnie za rękę, wyczekując rekacji. Wcale się nie wyrwałem, chciałem by to zrobiła. Wiedziałem, że to jest jej potrzebne.
- Idziemy? - spytałem po chwili. Ta pokiwała twierdząco głową. W hotelowym pokoju byliśmy po 15 minutach gdzie spakowaliśmy nasze rzeczy w walizki. Lot mieliśmy dopiero za dwie godziny. Dziewczyna w pewnym momencie stanęła przede mną patrząc głęboko w oczy.
- Dziękuję Ci, nie wiem czy dałabym radę sama - zaczęła nieśmiało - Jesteś najbliższą mi osobą, dobrze wiesz. Cieszę się, że wtedy, w parku się spotkaliśmy - uśmiechnęła się chcąc się obrócić lecz ja delikatnie chwyciłem ją za nadgarstek i przyciągnąłem do siebie mocno wtulając - Dziękuję - szepnęła.
- Ależ nie ma za co - powiedziałem to równie cicho. Jest wspaniała. Przyjaźnie nastawiona, mimo tylu problemów, taką osobę można tylko podzwiać. Z zamyśleń wyrwał mnie jej głos.
- O czym myślisz? - spytała wkładając coś do torby.
- O nas - uśmiechnąłem się. Na te słowa przystanęła i dziwnie się spojrzała.
- Jak to?
- Po prostu - szybko odpowiedziałem - Spakowana? Nie chcemy się przecież spóźnić - zmieniłem temat.
- Nie, wezmę jeszcze prysznic - uśmiechnęła się i w pośpiechu zabrała coś z walizki. Po piętnastu minutach opuściła łazienkę, odświeżona i ubrana.
- Może być? - obkręciła się wokół własnej osi.
- Jak zwykle - przynałem z uśmiechem - a teraz musimy iść.
- Tak, już prawie jestem gotowa - powiedziała chowając ostatnie rzeczy do walizki. Po mniej więcej piętnastu minutach jechaliśmy windą na dół. Z windy do taksówki, a z taksówki na lotnisko. W samolocie siedzieliśmy gdzieś po godzinie.
- Dziękuję Ci jeszcze raz, nie wiem jak mogę się odpłacić - mówiłam przekluczając drzwi wejściowe do domu.
- Po prostu bądź - w tym momencie chłopak chycił mnie za rękę przykuwając tym samym całą moją uwagę. Utonęłam w brązie jego oczu, w brzuchu szalały motyle.
- Będę - zapewniłam - Obiecuję - tym słowem zakończyłam nasz krótki dialog, w sumie to on go skończył mocno mnie przytulając. Czułam się przy nim taka szczęśliwa, spełniona.
- Wejdziesz? - spytałam po chwili.
- Oczywiście, myślałem że nie spytasz - oboje zachichotaliśmy wchodząc do domu. Na samym początku wniosłam moją walizkę na górę, przy drobnej pomocy chłopaka. Z wielką ulgą poległam na idealnie pościelonym łóżku, szatyn obok mnie. Przyjaźń zdobyta w tak krótkim czasie, coś nierealnego. Leniwie obróciłam się na drugi spotykając tym samym oczy Justina, ślepo wgapialiśmy się w siebie.
- Twój przyszły chłopak będzie miał szczęście - powiedział po dłuższej chwili.
- To raczej Twoja przyszła dziewczyna będzie miała szczęście - powtórzyłam chichocząc.
- Oby tak było - lekko się speszył.
- Na pewno będzie, jesteś cudownym chłopakiem, ale tym chłopakiem którego ja znam, a nie tym z pozoru niedostępnego, którego zgrywasz w szkole.
- Wiem, on już nie wróci. To przez Ciebie się zmieniłem, dziękuję - delikatnie się przybliżył obejmując mnie ramieniem. Wtuliłam się w jego tors, napawając się zapachem perfum, których nigdy nie miałam dość. Pachniał nadzwyczajnie ładnie, nigdy nie spotkałam się z takim zapachem być może dlatego, że od dłuższego czasu nie miałam styczności z chłopakiem. Lekko przymknęłam powieki, by choć na moment zanurzyć się w świecie marzeń. Ten moment potrwał całą noc..
- Rose, Rose - poczułam gwałtowne szarpnięcie. Mruknęłam przekładając się na drugi bok - Rosalie Brown liczę do trzech, a jeśli nie wstaniesz czeka Cię najgorsza rzecz jaka może spotkać człowieka z rana - mówił poważnym głosem Bieber - A mianowicie gilgotki - dodał.
- Mhmm - ponownie mruknęłam.
- 3, 2, 1. Twój czas się skończył - po tych słowach poczułam ciepłe ręce na moich biodrach, które momentalnie zaczęły mnie gilgotać przez co szybko znalazłam się na ziemi.
- Oszalałeś?! - krzyknęłam leniwie - Ja tu spałam - dodałam po przeciągnięciu.
- Musimy iść do szkoły, więc nie mów mi że spałaś - spojrzał na mnie spod byka - Raz dwa, szykujemy się - podszedł do mnie całując w czoło - Za 20 minut widzę Cię gotową na dole.
- Okej, okej - odpowiedziałam idąc wprost do łazienki. Tam wzięłam prysznic, umyłam zęby i wysuszyłam włosy. Na powrót wróciłam do pokoju, skąd wzięłam odpowiednie ubrania do szkoły. Zrobiłam makijaż, a fale blond włosów zarzuciłam na prawe ramię. Zeszłam na dół gdzie czekał na mnie Justin.
- Dalej, bo się spóźnimy - zaśmiał się.
- No już panie punktualny - powiedziałam sarkastycznie. Po niecałych dziesięciu minutach wchodziliśmy do szkoły. Oczywiście nie obyło się zwrócenia na siebie uwagi.. Elitarna grupka na wstępie objechała mnie i Justina, z naciskiem na 'mnie'. Zauważyłam, że dając znak szatynowi, aby do nich podszedł.
- Idź - uśmiechnęłam się idąc dalej.
- Słucham? - powiedziałem obojętnie.
- Gdzie Ty z nią byłeś? - spytała Alexis.
- A czy to Twoja sprawa? - prychnąłem.
- Jesteśmy paczką Justin.. - dodał Nathan.
- Popatrzcie jak wy się zachowujecie, banda rozpieszczonych dzieciaków - obróciłem wzrok w drugą stronę.
- Okej, skoro tak uważasz. To proszę bardzo, wybieraj, my albo ona - zwrócił głowę w stronę, w której jeszcze przed chwilą znajdowała się Rosalie...
- - - - - - - - - - - - - - - - -
przepraszam, że tak późno dodałam,
ale miałam problemy z internetem.
rozdział nie wyszedł ._.
co myślicie o strojach?
robię je sama i szczerze mówiąc
nie wiem jak wychodzą.
dziękuję za taką ilość komentarzy,
zawsze czekam na więcej.
much love :*
Biegliśmy ile sił w nogach, nie zwracając większej uwagi na popychanych przez nas przechodniów. Próg szpitala przekraczaliśmy kilka chwil po tym szybko biegnąc do właściwej sali. Przed drzwiami wzięłam głęboki oddech, bo jakby nie było za chwilę dowiem się czy mój braciszek żyje i czy ma się dobrze, bądź, czy już go z nami nie ma.. Nie, tak nie jest! Powoli drzwi otworzyły się zupełnie, a ja niepewnie wkroczyłam do sali. Zauważyłam chłopca, wciąż tego samego, tylko teraz.. teraz tętniło z niego życie. Żył..
- Rosalie? - spytał ochrypniętym cieńkim głosikiem.
- Tak mały, to ja - szybko podbiegłam do łóżka mocno go tuląc. Pierwszy raz od jakiegoś czasu z moim oczu poleciały łzy szczęścia.
- Co tu robisz?
- Przyjechałam, tak bardzo się o Ciebie bałam - pogładziłam go po policzku.
- Spokojnie, już wszystko dobrze - otarł swoimi nadzwyczajnie małymi rączkami moje mokre policzki - Nie płacz - uśmiechnął się. Zachichotałam. Cieszyłam się, że mam go przy sobie, nie liczyło się nic więcej. Przelotnie zerknęłam na mamę siedzącą blisko nas, nawet nie drgnęła tylko co jakiś czas zasłaniała twarz lewą dłonią.
- Co się stało, mamo? - spytał nieco zdezorientowany Dylan.
- Nie nic skarbie - powiedziała cicho.
- Kiedy stąd wyjdę?
- Już jutro - powiedziała, a w oczach chłopca można było dostrzec małe iskierki.
- Zostaniesz już z nami? - spytał niepewnie.
- Przykro mi, ale muszę wracać - spuściłam wzrok. Widocznie się zaśmucił.
- To wracaj już - obrócił wzrok w przeciwną stronę - Nie zatrzymam Cię tu - dodał.
- Dylan, ale zrozum, zostało mało czasu do wakacji, na pewno Cię wtedy odwiedzę - zapewniłam z lekkim uśmieszkiem.
- Obiecujesz?
- Oczywiście, jak zawsze - delikatnie pogładziłam plecy dziecka.
- Dobrze, to wracaj szybko - mocno objął moją szyję, jak ja jego ramiona.
*
Dziewczyna delikatnie chwyciła mnie za rękę, wyczekując rekacji. Wcale się nie wyrwałem, chciałem by to zrobiła. Wiedziałem, że to jest jej potrzebne.
- Idziemy? - spytałem po chwili. Ta pokiwała twierdząco głową. W hotelowym pokoju byliśmy po 15 minutach gdzie spakowaliśmy nasze rzeczy w walizki. Lot mieliśmy dopiero za dwie godziny. Dziewczyna w pewnym momencie stanęła przede mną patrząc głęboko w oczy.
- Dziękuję Ci, nie wiem czy dałabym radę sama - zaczęła nieśmiało - Jesteś najbliższą mi osobą, dobrze wiesz. Cieszę się, że wtedy, w parku się spotkaliśmy - uśmiechnęła się chcąc się obrócić lecz ja delikatnie chwyciłem ją za nadgarstek i przyciągnąłem do siebie mocno wtulając - Dziękuję - szepnęła.
- Ależ nie ma za co - powiedziałem to równie cicho. Jest wspaniała. Przyjaźnie nastawiona, mimo tylu problemów, taką osobę można tylko podzwiać. Z zamyśleń wyrwał mnie jej głos.
- O czym myślisz? - spytała wkładając coś do torby.
- O nas - uśmiechnąłem się. Na te słowa przystanęła i dziwnie się spojrzała.
- Jak to?
- Po prostu - szybko odpowiedziałem - Spakowana? Nie chcemy się przecież spóźnić - zmieniłem temat.
- Nie, wezmę jeszcze prysznic - uśmiechnęła się i w pośpiechu zabrała coś z walizki. Po piętnastu minutach opuściła łazienkę, odświeżona i ubrana.
- Może być? - obkręciła się wokół własnej osi.
- Jak zwykle - przynałem z uśmiechem - a teraz musimy iść.
- Tak, już prawie jestem gotowa - powiedziała chowając ostatnie rzeczy do walizki. Po mniej więcej piętnastu minutach jechaliśmy windą na dół. Z windy do taksówki, a z taksówki na lotnisko. W samolocie siedzieliśmy gdzieś po godzinie.
*
- Dziękuję Ci jeszcze raz, nie wiem jak mogę się odpłacić - mówiłam przekluczając drzwi wejściowe do domu.
- Po prostu bądź - w tym momencie chłopak chycił mnie za rękę przykuwając tym samym całą moją uwagę. Utonęłam w brązie jego oczu, w brzuchu szalały motyle.
- Będę - zapewniłam - Obiecuję - tym słowem zakończyłam nasz krótki dialog, w sumie to on go skończył mocno mnie przytulając. Czułam się przy nim taka szczęśliwa, spełniona.
- Wejdziesz? - spytałam po chwili.
- Oczywiście, myślałem że nie spytasz - oboje zachichotaliśmy wchodząc do domu. Na samym początku wniosłam moją walizkę na górę, przy drobnej pomocy chłopaka. Z wielką ulgą poległam na idealnie pościelonym łóżku, szatyn obok mnie. Przyjaźń zdobyta w tak krótkim czasie, coś nierealnego. Leniwie obróciłam się na drugi spotykając tym samym oczy Justina, ślepo wgapialiśmy się w siebie.
- Twój przyszły chłopak będzie miał szczęście - powiedział po dłuższej chwili.
- To raczej Twoja przyszła dziewczyna będzie miała szczęście - powtórzyłam chichocząc.
- Oby tak było - lekko się speszył.
- Na pewno będzie, jesteś cudownym chłopakiem, ale tym chłopakiem którego ja znam, a nie tym z pozoru niedostępnego, którego zgrywasz w szkole.
- Wiem, on już nie wróci. To przez Ciebie się zmieniłem, dziękuję - delikatnie się przybliżył obejmując mnie ramieniem. Wtuliłam się w jego tors, napawając się zapachem perfum, których nigdy nie miałam dość. Pachniał nadzwyczajnie ładnie, nigdy nie spotkałam się z takim zapachem być może dlatego, że od dłuższego czasu nie miałam styczności z chłopakiem. Lekko przymknęłam powieki, by choć na moment zanurzyć się w świecie marzeń. Ten moment potrwał całą noc..
- Rose, Rose - poczułam gwałtowne szarpnięcie. Mruknęłam przekładając się na drugi bok - Rosalie Brown liczę do trzech, a jeśli nie wstaniesz czeka Cię najgorsza rzecz jaka może spotkać człowieka z rana - mówił poważnym głosem Bieber - A mianowicie gilgotki - dodał.
- Mhmm - ponownie mruknęłam.
- 3, 2, 1. Twój czas się skończył - po tych słowach poczułam ciepłe ręce na moich biodrach, które momentalnie zaczęły mnie gilgotać przez co szybko znalazłam się na ziemi.
- Oszalałeś?! - krzyknęłam leniwie - Ja tu spałam - dodałam po przeciągnięciu.
- Musimy iść do szkoły, więc nie mów mi że spałaś - spojrzał na mnie spod byka - Raz dwa, szykujemy się - podszedł do mnie całując w czoło - Za 20 minut widzę Cię gotową na dole.
- Okej, okej - odpowiedziałam idąc wprost do łazienki. Tam wzięłam prysznic, umyłam zęby i wysuszyłam włosy. Na powrót wróciłam do pokoju, skąd wzięłam odpowiednie ubrania do szkoły. Zrobiłam makijaż, a fale blond włosów zarzuciłam na prawe ramię. Zeszłam na dół gdzie czekał na mnie Justin.
- Dalej, bo się spóźnimy - zaśmiał się.
- No już panie punktualny - powiedziałam sarkastycznie. Po niecałych dziesięciu minutach wchodziliśmy do szkoły. Oczywiście nie obyło się zwrócenia na siebie uwagi.. Elitarna grupka na wstępie objechała mnie i Justina, z naciskiem na 'mnie'. Zauważyłam, że dając znak szatynowi, aby do nich podszedł.
- Idź - uśmiechnęłam się idąc dalej.
*
- Słucham? - powiedziałem obojętnie.
- Gdzie Ty z nią byłeś? - spytała Alexis.
- A czy to Twoja sprawa? - prychnąłem.
- Jesteśmy paczką Justin.. - dodał Nathan.
- Popatrzcie jak wy się zachowujecie, banda rozpieszczonych dzieciaków - obróciłem wzrok w drugą stronę.
- Okej, skoro tak uważasz. To proszę bardzo, wybieraj, my albo ona - zwrócił głowę w stronę, w której jeszcze przed chwilą znajdowała się Rosalie...
- - - - - - - - - - - - - - - - -
przepraszam, że tak późno dodałam,
ale miałam problemy z internetem.
rozdział nie wyszedł ._.
co myślicie o strojach?
robię je sama i szczerze mówiąc
nie wiem jak wychodzą.
dziękuję za taką ilość komentarzy,
zawsze czekam na więcej.
much love :*
Tagi:
VII
- Co jest? - powiedziałem chwytając ją za dłoń.
- Powiedziała, że.. - pociągnęła nosem chowając twarz w dłonie.
- Rosalie! Co powiedziała? - zdenerwowałem się.
- Jest coraz gorzej - głośno wypuściła powietrze - Mały stracił dużo krwi - szybko przyciągnąłem ją do siebie mocno przytulając. Delikatnie pocałowałem w czubek głowy. Pocieszanie nie miało tu najmniejszego sensu, wręcz przeciwnie, więcej by zaszkodziło.
- Przeżyje, tak? - spytałą ocierając mokre policzki.
- Oczywiście, że tak - szybko odpowiedziałem.
- To silny dzieciak - dodała.
- Zupełnie jak Ty - lekko się uśmiechnąłem.
- A spójrz, jaki jest słodki - chwilę szukała czegoś w telefonie, po czym zwróciła w moją stronę ekran komórki ukazując zdjęcie pięciolatka.
- Ma to po Tobie - przejechałem palcem po jej czole, jednocześnie zabierając z niego niezdarnie opadające włosy.
- Dziękuję Ci, tak strasznie mi pomagasz - spuściła wzrok - Teraz nie wyobrażam sobie nie mieć Cię przy sobie i obiecaj.. nie zostawisz mnie - każde słowo wymawiałam z niewyobrażalnym skupieniem.
- Obiecuję, możesz na mnie zawsze polegać. Jesteśmy przecież przyjaciółmi - pogładziłem ją po plecach mocno tuląc.
Usłyszeliśmy w głośnikach głos kobiety: '' Proszę zapiąć pasy, za chwilę lądujemy ''
- Rose, zapnij pasy - upomniałem.
Już za moment mam zobaczyć Dylana, tak bezbronnego chłopczyka leżącego na jednej ze szpitalnych sal.
- Gotowa? - spytał Justin gdy staliśmy przed wejściem do szpitala. Kiwnęłam przecząco głową, a łzy na powrót zaczęły płynąć. Ten obrócił mnie w swoją stronę trzymając za ramiona.
- Dasz radę, wierzę w to - patrzył mi prosto w oczy. Jedną rękę delikatnie zsunął łapiąc za moją dłoń. Nie wyrwałam się, było mi to potrzebne. Wolnym ruchem weszliśmy do budynku, w którym od początku panował nieprzyjemny zapach. W recepcji szatyn spytał o salę, w której przebywa mój brat. Zostawiliśmy jeszcze bagaże po czym szybkim krokiem udaliśmy się na właściwe piętro.
- To tu - wskazał Justin. Wzięłam głęboki oddech.
- A co jeśli jest za późno? - obstawiałam jedną z najgorszych opcji.
- Nie mów tak, musimy sprawdzić - znów chwycił mnie za dłoń jednocześnie otwierając białe drzwi. Ukazał mi się obraz dużego łóżka, w którym leży małe dziecko, przy łóżku natomiast siedzi kobieta, cała zapłakana. Niepewnym krokiem weszłam do sali, za mną szatyn. Ślepo wgapiałam się w sylwetkę chłopca, w którym nie dojrzałam najmniejszej oznaki życia. Całą uwagę mamy zwróciłam na nas.
- Rosalie - wstała chcąc mnie przytulić, jednak szybko się odsunęłam. Jestem tu tylko dla Dylana, a ona niech nie zgrywa zatroskanej matki.
- Jak z nim? - spytałam szybko.
- Jest w śpiączce - spuściła głowę - Lekarze mówią, że jest ciężko - przetarła ręką policzek, za to ja głośno jęknęłam. Chciałam schować twarz w dłonie, lecz jedna ręka była zajęta przez Justina, który kruczowo mnie trzymał. Szybkim ruchem oderwałam się od niego podchodząc do brata. Delikatnie pogładziłam jego policzek, bojąc się, że cokolwiek mu zrobię.
- Dlaczego go nie upilnowałaś? - odważyłam się wygarnąć matce wszystko, dosłownie wszystko.
- Byłam zajęta - spuściła głowę.
- Całe życie jesteś zajęta, po co Ci dzieci, przecież i tak nas nie kochasz - słone łzy płynęły.
- Nie Rosalie, to nie tak.. Kocham Was.
- Nie myśl, że Ci uwierzę - prychnęłam - Najważniejsza jest dla ciebie kariera i pieniądze, spójrz czasem jak ranisz wszystkich bliskich - podciągnęłam nosem - A tak, Ty już nie masz rodziny - poprawiłam. Nie czułam się najlepiej z tymi słowami, jednak miałam rację, nie ulegnę jej spojrzeniu, nie.
- Bardzo mi przykro, że masz takie zdanie o swojej matce - przetarła dłonią policzek, najwyraźniej płakała.
- A mnie jest przykro, że całe życie mnie olewałaś, zostawiłaś na lodzie, kiedy ja najbardziej Ciebie potrzebowałam. Wysłałaś do Londynu wtedy, kiedy gorzej już być nie mogło. To nazywa się dobra matka? - szloch był słyszalny na korytarzu. A ona? Nie odezwała się już więcej, tylko wyszła. Delikatnie obróciłam głowę w stronę drzwi, przy których stał chłopak. Szybkim krokiem podszedł do mnie i mocno przytulił. Łzy nie ustępowały, byłam bezsilna.
- Przesadziłam? - spytałam gdy trochę się uspokoiłam.
- Nie - stwierdził - Powiedziałaś prawdę, to się liczy - uśmiechnął się blado. Po chwili oderwałam się od niego siadając na krześle obok łóżka. Wyglądał tak słodko pomimo owiniętego na około głowy bandaża. Nie zapomnę jego uśmiechniętej twarzy witającej mnie każdego poranka, gdy jeszcze mieszkaliśmy razem. Zawsze umiał pocieszyć, mimo tak młodego wieku. Teraz walczy o życie przez jedną nieuwagę matki. Nigdy jej tego nie wybaczę, tego lekceważenia mnie i Dylana, tego, że to przez nią on tu leży. W tej chwili tak bardzo jej nienawidziłam.
- Rosalie, musisz odpocząć - powiedziałem widząc jej przemęczone i czerwone od płaczu oczy.
- Nie, jest okej. Jeżeli Ty jeseś zmęczony to proszę, znajdź jakiś hotel - wzięła torebkę i czegoś namiętnie w niej szukała. Po kilku chwilach wyciągnęła portfel wręczając mi plik pieniędzy.
- Co to ma być? - spytałem zdezorientowany.
- Na hotel. W końcu to Ty ze mną tu przyjechałeś, muszę zadbać o takie szczegóły.
- Przestań, idziemy razem, nigdzie osobno - stwierdziłem.
- Dobrze - uległa - Chyba mogę go zostawić na parę godzin - mówiła patrząc na pięciolatka.
- Tak, na pewno - delikatnie ująłem jej dłoń. Ta jeszcze pogładziła chłopca po policzku.
- Do zobaczenia Dylan - wzięła torbę i razem opuściliśmy salę. Zabraliśmy bagaże po czym udaliśmy się w stronę centrum, gdzie mieliśmy plan znaleźć jakiś przyzwoity hotel. Długo nie musieliśmy szukać, gdyż na pierwszej ulicy znajdował się całkiem ładny pięciogwiazdkowy hotel. Zamówiliśmy pokój bez żadnych problemów. Był to hotel bardzo luksusowy, ale wątpię, żeby Rose zwracała na takie szczegóły uwagę. Postanowiliśmy tymczasowo 'zamieszkać' w jednym pokoju, nie miałbym sumienia jej zostawiać samej, nie wiadomo co przyszłoby jej na myśl. Wpatrywała się ślepo na park, widoczny z naszego hotelowego okna. Ciszę przerwał dźwięk jej telefonu. Słysząc to szybko wstała biorąc do ręki komórkę.
- To mama - westchnęła.
- Odbierz, może ma coś ważnego do powiedzenia - stwierdziłem.
- Masz rację - przyznała.
Przyłożyłam telefon do ucha, słysząc szloch mamy. Wystraszyłam się, bo wiadomo, że chodziło o Dylana. A jeśli jest za późno? w oczach stanęły łzy.
- Co się stało? - powiedziałam cicho.
- Dylan.. On.. Przyjedź szybko - od razu się rozłączyłam biorąc Justina za rękę wybiegliśmy z hotelu zmierzając w stronę szpitala.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
ciąg dalszy nastąpi.
zapraszam do komentowania.
mały szantażyk.
11komentarzy = nowy rozdział.
much love.
- Powiedziała, że.. - pociągnęła nosem chowając twarz w dłonie.
- Rosalie! Co powiedziała? - zdenerwowałem się.
- Jest coraz gorzej - głośno wypuściła powietrze - Mały stracił dużo krwi - szybko przyciągnąłem ją do siebie mocno przytulając. Delikatnie pocałowałem w czubek głowy. Pocieszanie nie miało tu najmniejszego sensu, wręcz przeciwnie, więcej by zaszkodziło.
- Przeżyje, tak? - spytałą ocierając mokre policzki.
- Oczywiście, że tak - szybko odpowiedziałem.
- To silny dzieciak - dodała.
- Zupełnie jak Ty - lekko się uśmiechnąłem.
- A spójrz, jaki jest słodki - chwilę szukała czegoś w telefonie, po czym zwróciła w moją stronę ekran komórki ukazując zdjęcie pięciolatka.
- Ma to po Tobie - przejechałem palcem po jej czole, jednocześnie zabierając z niego niezdarnie opadające włosy.
- Dziękuję Ci, tak strasznie mi pomagasz - spuściła wzrok - Teraz nie wyobrażam sobie nie mieć Cię przy sobie i obiecaj.. nie zostawisz mnie - każde słowo wymawiałam z niewyobrażalnym skupieniem.
- Obiecuję, możesz na mnie zawsze polegać. Jesteśmy przecież przyjaciółmi - pogładziłem ją po plecach mocno tuląc.
Usłyszeliśmy w głośnikach głos kobiety: '' Proszę zapiąć pasy, za chwilę lądujemy ''
- Rose, zapnij pasy - upomniałem.
*
Już za moment mam zobaczyć Dylana, tak bezbronnego chłopczyka leżącego na jednej ze szpitalnych sal.
- Gotowa? - spytał Justin gdy staliśmy przed wejściem do szpitala. Kiwnęłam przecząco głową, a łzy na powrót zaczęły płynąć. Ten obrócił mnie w swoją stronę trzymając za ramiona.
- Dasz radę, wierzę w to - patrzył mi prosto w oczy. Jedną rękę delikatnie zsunął łapiąc za moją dłoń. Nie wyrwałam się, było mi to potrzebne. Wolnym ruchem weszliśmy do budynku, w którym od początku panował nieprzyjemny zapach. W recepcji szatyn spytał o salę, w której przebywa mój brat. Zostawiliśmy jeszcze bagaże po czym szybkim krokiem udaliśmy się na właściwe piętro.
- To tu - wskazał Justin. Wzięłam głęboki oddech.
- A co jeśli jest za późno? - obstawiałam jedną z najgorszych opcji.
- Nie mów tak, musimy sprawdzić - znów chwycił mnie za dłoń jednocześnie otwierając białe drzwi. Ukazał mi się obraz dużego łóżka, w którym leży małe dziecko, przy łóżku natomiast siedzi kobieta, cała zapłakana. Niepewnym krokiem weszłam do sali, za mną szatyn. Ślepo wgapiałam się w sylwetkę chłopca, w którym nie dojrzałam najmniejszej oznaki życia. Całą uwagę mamy zwróciłam na nas.
- Rosalie - wstała chcąc mnie przytulić, jednak szybko się odsunęłam. Jestem tu tylko dla Dylana, a ona niech nie zgrywa zatroskanej matki.
- Jak z nim? - spytałam szybko.
- Jest w śpiączce - spuściła głowę - Lekarze mówią, że jest ciężko - przetarła ręką policzek, za to ja głośno jęknęłam. Chciałam schować twarz w dłonie, lecz jedna ręka była zajęta przez Justina, który kruczowo mnie trzymał. Szybkim ruchem oderwałam się od niego podchodząc do brata. Delikatnie pogładziłam jego policzek, bojąc się, że cokolwiek mu zrobię.
- Dlaczego go nie upilnowałaś? - odważyłam się wygarnąć matce wszystko, dosłownie wszystko.
- Byłam zajęta - spuściła głowę.
- Całe życie jesteś zajęta, po co Ci dzieci, przecież i tak nas nie kochasz - słone łzy płynęły.
- Nie Rosalie, to nie tak.. Kocham Was.
- Nie myśl, że Ci uwierzę - prychnęłam - Najważniejsza jest dla ciebie kariera i pieniądze, spójrz czasem jak ranisz wszystkich bliskich - podciągnęłam nosem - A tak, Ty już nie masz rodziny - poprawiłam. Nie czułam się najlepiej z tymi słowami, jednak miałam rację, nie ulegnę jej spojrzeniu, nie.
- Bardzo mi przykro, że masz takie zdanie o swojej matce - przetarła dłonią policzek, najwyraźniej płakała.
- A mnie jest przykro, że całe życie mnie olewałaś, zostawiłaś na lodzie, kiedy ja najbardziej Ciebie potrzebowałam. Wysłałaś do Londynu wtedy, kiedy gorzej już być nie mogło. To nazywa się dobra matka? - szloch był słyszalny na korytarzu. A ona? Nie odezwała się już więcej, tylko wyszła. Delikatnie obróciłam głowę w stronę drzwi, przy których stał chłopak. Szybkim krokiem podszedł do mnie i mocno przytulił. Łzy nie ustępowały, byłam bezsilna.
- Przesadziłam? - spytałam gdy trochę się uspokoiłam.
- Nie - stwierdził - Powiedziałaś prawdę, to się liczy - uśmiechnął się blado. Po chwili oderwałam się od niego siadając na krześle obok łóżka. Wyglądał tak słodko pomimo owiniętego na około głowy bandaża. Nie zapomnę jego uśmiechniętej twarzy witającej mnie każdego poranka, gdy jeszcze mieszkaliśmy razem. Zawsze umiał pocieszyć, mimo tak młodego wieku. Teraz walczy o życie przez jedną nieuwagę matki. Nigdy jej tego nie wybaczę, tego lekceważenia mnie i Dylana, tego, że to przez nią on tu leży. W tej chwili tak bardzo jej nienawidziłam.
*
- Rosalie, musisz odpocząć - powiedziałem widząc jej przemęczone i czerwone od płaczu oczy.
- Nie, jest okej. Jeżeli Ty jeseś zmęczony to proszę, znajdź jakiś hotel - wzięła torebkę i czegoś namiętnie w niej szukała. Po kilku chwilach wyciągnęła portfel wręczając mi plik pieniędzy.
- Co to ma być? - spytałem zdezorientowany.
- Na hotel. W końcu to Ty ze mną tu przyjechałeś, muszę zadbać o takie szczegóły.
- Przestań, idziemy razem, nigdzie osobno - stwierdziłem.
- Dobrze - uległa - Chyba mogę go zostawić na parę godzin - mówiła patrząc na pięciolatka.
- Tak, na pewno - delikatnie ująłem jej dłoń. Ta jeszcze pogładziła chłopca po policzku.
- Do zobaczenia Dylan - wzięła torbę i razem opuściliśmy salę. Zabraliśmy bagaże po czym udaliśmy się w stronę centrum, gdzie mieliśmy plan znaleźć jakiś przyzwoity hotel. Długo nie musieliśmy szukać, gdyż na pierwszej ulicy znajdował się całkiem ładny pięciogwiazdkowy hotel. Zamówiliśmy pokój bez żadnych problemów. Był to hotel bardzo luksusowy, ale wątpię, żeby Rose zwracała na takie szczegóły uwagę. Postanowiliśmy tymczasowo 'zamieszkać' w jednym pokoju, nie miałbym sumienia jej zostawiać samej, nie wiadomo co przyszłoby jej na myśl. Wpatrywała się ślepo na park, widoczny z naszego hotelowego okna. Ciszę przerwał dźwięk jej telefonu. Słysząc to szybko wstała biorąc do ręki komórkę.
- To mama - westchnęła.
- Odbierz, może ma coś ważnego do powiedzenia - stwierdziłem.
- Masz rację - przyznała.
*
Przyłożyłam telefon do ucha, słysząc szloch mamy. Wystraszyłam się, bo wiadomo, że chodziło o Dylana. A jeśli jest za późno? w oczach stanęły łzy.
- Co się stało? - powiedziałam cicho.
- Dylan.. On.. Przyjedź szybko - od razu się rozłączyłam biorąc Justina za rękę wybiegliśmy z hotelu zmierzając w stronę szpitala.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
ciąg dalszy nastąpi.
zapraszam do komentowania.
mały szantażyk.
11komentarzy = nowy rozdział.
much love.
Tagi:
VI
Miliony pocałunków, jego ciepły oddech na moim karku, dotyk przy którym miałam dreszcze. Wspólnie spędzone chwile, każde słowo, każde zbliżenie to było coś wyjatkowego. Momenty, w których wspominam każdą chwilę z przeszłości spędzoną właśnie z Nim. Brakuje mi tego głosu, choć tak naturalnie zwykły dźwięk to ponad wszystko był ulubionym. Brakuje mi uśmiechu, który pozostawił jedynie na wspomnieniach, zatrzymanych na niby błahych kadrach. Brakuje mi tych wakacyjnych dni spędzonych gdzieś na placach, na podwórku czy osiedlu, kiedy siedząc w promieniach słońca, tworzyliśmy wspólną przyszłość zamieniając ją w realne marzenia. A teraz? Skończyło się wszystko tak nagle, jakby za machnięciem czarodziejskiej różdżki - poranne przemyślenia, należały do tych najmądrzejszych.
Dzwonek kończący trzecią lekcję w ciągu tego dnia. Stanęłam przed wejściem do ogromnej stołówki przygładzając sukienkę. Nieśmiałym ruchem pchnęłam dość ciężkie drzwi zwracając tym samym uwagę uczniów siedzących najbliżej wejścia. Wzrok każdego uwieszony był na mnie, przez co czułam się jeszcze bardziej niezręcznie. Szybkim krokiem ruszyłam w miejsce, w którym wydawano posiłki. Wzięłam tacę i usiadłam przy pierwszym lepszym wolnym stoliku. Delektowałam się niezbyt dobrą sałatką. Nagle usłyszałam odchrząknięcie nad sobą. Nieśmiało podniosłam wzrok. Nade mną stał Justin. Posłałam mu szczery uśmiech.
- Cześć - przysiadł się - Jak tam?
- Nic się nie zmieniło od wczoraj - odparłam - A jak u Ciebie?
- Też nic. Widzimy się dziś? - widziałam w jego oczach nadzieję.
- 17 u mnie? - zaproponowałam bez większego entuzjazmu.
- Będę na pewno.
- A teraz wracaj do swojej grupki - uśmiechnęłam się krzywo.
- Nie, wolę posiedzieć z Tobą. Z resztą tam gadają tylko o nas.. - spuścił wzrok.
- Jak o nas? - zdziwiłam się.
- To znaczy o naszych stosunkach - poprawił - Wciąż Alex obgaduje Ciebie, bo wiesz, ona się we mnie zabujała - śmiesznie wywinął oczami.
- Rozumiem - starałam się ułożyć usta w uśmiech, choć nie bardzo mi to wychodziło.
Reszta lekcji dłużyła się niemiłosiernie. W końcu po zakończonej matematyce zadowolona wyszłam ze szkoły. Kierowałam się w stronę domu, gdy nagle ktoś złapał mnie za ramię. Twarz dziewczyny ze szkolnej elity popsuła mi humor. Spojrzałam na nią pytającym wzrokiem.
- Odczep się od Justina - uśmiechnęła się cwaniacko. Prychnęłam.
- Bo niby co? - zmierzyłam ją.
- Bo pożałujesz - obróciła się i odeszła. Ja również ruszyłam w swoją stronę. Zbytnio nie przejęłam się tym, przecież w niczym nie zawiniłam.
16:50. Niepewnie przycisnąłem dzwonek owalnych drzwi. Po kilku chwilach pojawiła się w nich Rose.
- Cześć, masz ochotę na moje towarzystwo?
- Oczywiście, wchodź - nakazała.
- Co robisz? - wzrok zwróciłem na blat kuchni cały w mące i innych kuchennych składnikach.
- Muffiny - lekko się zaśmiała - I mam nadzieję, że mi pomożesz - w tym momencie rzuciła w moją stronę fartuszek.
- Żartujesz z tym, tak? - prychnąłem wskazując na trzymaną w dłoni rzecz.
- Jestem poważna, dalej zakładaj, bierzemy się do roboty - uśmiechnęła się. Niezdarnie zawiązałem fartuch na szyi i zabrałem się za tak zwaną robotę.
- No to.. co mam robić? - spytałem zdezorientowany.
- Hm, podaj mi mąkę - wskazała na szafkę. Schyliłem się wyciągając pudełko. Ostrożnie podałem je dziewczynie.
- To mąka, tak? - spytałem ironicznie.
- Tak Justin, to mąka - zaśmiała się - Wiesz, tu w szafce na dole powinień być cukier waniliowy, proszę podaj mi go - znów się schyliłem i wyciągnąłem woreczek cukru. Wracając do pozycji prostej dostałem mąką w twarz.
- Lepiej uciekaj - powiedziałem spokojnie wycierając twarz. Usłyszałem tylko głośny śmiech gdzieś z oddali. Gdy już widziałem wszystko dokładnie mogłem dorwać osobę, która mi to zrobiła.
- Rosalie, chodź tu do mnie - wołałem, w sumie to nie znałem jej domu - Nic Ci nie zrobię - przechodziłem koło wielkiej szafy w jej pokoju, w której usłyszałem ciche oddychanie - Rose, wyjdź z tej szafy - zaśmiałem się. Powoli rozsuwałem drzwi, ukazując tym samym drobne ciało dziewczyny. Podałem jej rękę by mogła wstać. Jednym szybkim ruchem wziąłem ją na ręce zarzucając przez siebie.
- Justin - zaczęła się śmiać - Puść mnie do jasnej ciasnej! - wydzierała się.
- Coś za coś kochana - weszliśmy do kuchni gdzie nabrałem mąki w rękę i sypnąłem jej w twarz i włosy po czym puściłem.
- Jak ładnie Ci w białym - wybuchnąłem śmiechem.
- Serio? Tobie też - odwdzięczyła się tym samym.
- Dość już - opanowaliśmy się - Zróbmy te muffiny i będzie spokój - pociągnąłem ją za rękę w stronę blatu. Tam przygotowaliśmy ciasto, oczywiście nie obyło się bez wygłupów.
Ciasto wstawione, teraz czas na odpoczynek po tej jakże ciężkiej pracy. Z kubkiem kakao udaliśmy się do salonu. Justin usiadł, a ja zarzuciłam mu nogi na kolana.
- Nie za wygodnie? - spytał.
- Nie, w sam raz - zachichotałam.
- A jak tam rodzina? Kontaktowałaś się? - spytał nagle.
- Nie, już nawet na to nie czekam - posmutniałam - A jak ojciec?
- Dał nam spokój. Niedługo odbędzie się rozprawa - spuścił wzrok.
- Wiem, że to dla Ciebie ciężkie - wstałam siadając bliżej szatyna - Jestem tu też dla Ciebie, chcę Ci pomóc - uśmiechnęłam się słodko. Delikatnie przejechała palcem po jego policzku.
- Ja wiem, cieszę się. Jesteś pierwszą osobą z którą tak dobrze mi się rozmawia, byliśmy sobie chyba przeznaczeni - uśmiechnął się zawadiacko - Jako przyjaciele oczywiście - szybko dodał.
- Tak, wiem - tworzyłam kółka na jego policzku chichotając.
- Rosalie, czy my o czymś nie zapomnieliśmy? - spytał wyraźnie się nad czymś głowiąc.
- Justin.. muffiny! - szybko wstałam biegnąc w stronę piekarnika. Zastałam je całe czarne i spalone. Głośno westchnęłam.
- Ou, ale przynajmniej była zabawa - zaśmiał się.
- Uh - burknęłam.
- Spokojnie - poklepał mnie po plecach - Następnym razem wyjdą. W tym samym momencie usłyszałam dźwięk mojego telefonu. Wzięłam do ręki i nacisnęłam zieloną słuchawkę.
- Tak? - powiedziałam rozkojarzona.
- Rosalie.. - usłyszałam zachrypnięty głos matki -Dylan jest w szpitalu - wybuchnęła głośnym płaczem. A ja? Stałam wmurowana nie wiedząc co powiedzieć, momentalnie na policzkach pojawiły się łzy.
- Co się stało? - powiedziałam cicho.
- Wracał z podwórka, potrącił go samochód - szloch utrudniał zrozumienie słów.
- Przylecę jak najszybciej - rozłączyłam się. Całej tej sytuacji przyglądał się Justin. Zakryłam twarz dłońmi.
- Co się stało? - chwycił mnie za ramię.
- Mój braciszek miał wypadek, jest w szpitalu - jęknęłam - Ja muszę tam pojechać, muszę - ten objął mnie przy czym ja wtuliłam się w jego rozgrzane ciało.
- Jestem z Tobą Rose - potrząsnął mną - Lecę z Tobą - powiedział zdecydowanie, przez co ja popatrzyłam na niego niepewnie.
- Nie możesz teraz tak wszystkiego zostawić, nie możesz - powiedziałam spuszczając głowę.
- Mogę, zrobię to dla Ciebie.
Kupiłem bilety na nocny lot. Samolot właśnie startuje. Zaniepokojona Rosalie cały czas czerwona od płaczu wtulona jest we mnie. Kolejny problem, któremu musi sprostać. Wszystko jest takie niesprawiedliwe, że to właśnie ona musi tyle przeżyć, kiedy będzie w końcu szczęśliwa? Wie tylko ten mieszkający na samej górze. Rozbudził nas dźwięk telefonu blondynki. Szybko przyłożyła go do ucha. Po kilku chwilach znów zaczął się ten przeraźliwy szloch, który był nie do zniesienia.
- Co jest? - powiedziałem chwytając ją za dłoń.
- Powiedziała, że.. - pociągnęła nos chowając twarz w dłonie.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
ciąg dalszy nastąpi :>
mam nadzieję, że się spodoba
bo mi tak nie bardzo ;|
Dzwonek kończący trzecią lekcję w ciągu tego dnia. Stanęłam przed wejściem do ogromnej stołówki przygładzając sukienkę. Nieśmiałym ruchem pchnęłam dość ciężkie drzwi zwracając tym samym uwagę uczniów siedzących najbliżej wejścia. Wzrok każdego uwieszony był na mnie, przez co czułam się jeszcze bardziej niezręcznie. Szybkim krokiem ruszyłam w miejsce, w którym wydawano posiłki. Wzięłam tacę i usiadłam przy pierwszym lepszym wolnym stoliku. Delektowałam się niezbyt dobrą sałatką. Nagle usłyszałam odchrząknięcie nad sobą. Nieśmiało podniosłam wzrok. Nade mną stał Justin. Posłałam mu szczery uśmiech.
- Cześć - przysiadł się - Jak tam?
- Nic się nie zmieniło od wczoraj - odparłam - A jak u Ciebie?
- Też nic. Widzimy się dziś? - widziałam w jego oczach nadzieję.
- 17 u mnie? - zaproponowałam bez większego entuzjazmu.
- Będę na pewno.
- A teraz wracaj do swojej grupki - uśmiechnęłam się krzywo.
- Nie, wolę posiedzieć z Tobą. Z resztą tam gadają tylko o nas.. - spuścił wzrok.
- Jak o nas? - zdziwiłam się.
- To znaczy o naszych stosunkach - poprawił - Wciąż Alex obgaduje Ciebie, bo wiesz, ona się we mnie zabujała - śmiesznie wywinął oczami.
- Rozumiem - starałam się ułożyć usta w uśmiech, choć nie bardzo mi to wychodziło.
Reszta lekcji dłużyła się niemiłosiernie. W końcu po zakończonej matematyce zadowolona wyszłam ze szkoły. Kierowałam się w stronę domu, gdy nagle ktoś złapał mnie za ramię. Twarz dziewczyny ze szkolnej elity popsuła mi humor. Spojrzałam na nią pytającym wzrokiem.
- Odczep się od Justina - uśmiechnęła się cwaniacko. Prychnęłam.
- Bo niby co? - zmierzyłam ją.
- Bo pożałujesz - obróciła się i odeszła. Ja również ruszyłam w swoją stronę. Zbytnio nie przejęłam się tym, przecież w niczym nie zawiniłam.
*
16:50. Niepewnie przycisnąłem dzwonek owalnych drzwi. Po kilku chwilach pojawiła się w nich Rose.
- Cześć, masz ochotę na moje towarzystwo?
- Oczywiście, wchodź - nakazała.
- Co robisz? - wzrok zwróciłem na blat kuchni cały w mące i innych kuchennych składnikach.
- Muffiny - lekko się zaśmiała - I mam nadzieję, że mi pomożesz - w tym momencie rzuciła w moją stronę fartuszek.
- Żartujesz z tym, tak? - prychnąłem wskazując na trzymaną w dłoni rzecz.
- Jestem poważna, dalej zakładaj, bierzemy się do roboty - uśmiechnęła się. Niezdarnie zawiązałem fartuch na szyi i zabrałem się za tak zwaną robotę.
- No to.. co mam robić? - spytałem zdezorientowany.
- Hm, podaj mi mąkę - wskazała na szafkę. Schyliłem się wyciągając pudełko. Ostrożnie podałem je dziewczynie.
- To mąka, tak? - spytałem ironicznie.
- Tak Justin, to mąka - zaśmiała się - Wiesz, tu w szafce na dole powinień być cukier waniliowy, proszę podaj mi go - znów się schyliłem i wyciągnąłem woreczek cukru. Wracając do pozycji prostej dostałem mąką w twarz.
- Lepiej uciekaj - powiedziałem spokojnie wycierając twarz. Usłyszałem tylko głośny śmiech gdzieś z oddali. Gdy już widziałem wszystko dokładnie mogłem dorwać osobę, która mi to zrobiła.
- Rosalie, chodź tu do mnie - wołałem, w sumie to nie znałem jej domu - Nic Ci nie zrobię - przechodziłem koło wielkiej szafy w jej pokoju, w której usłyszałem ciche oddychanie - Rose, wyjdź z tej szafy - zaśmiałem się. Powoli rozsuwałem drzwi, ukazując tym samym drobne ciało dziewczyny. Podałem jej rękę by mogła wstać. Jednym szybkim ruchem wziąłem ją na ręce zarzucając przez siebie.
- Justin - zaczęła się śmiać - Puść mnie do jasnej ciasnej! - wydzierała się.
- Coś za coś kochana - weszliśmy do kuchni gdzie nabrałem mąki w rękę i sypnąłem jej w twarz i włosy po czym puściłem.
- Jak ładnie Ci w białym - wybuchnąłem śmiechem.
- Serio? Tobie też - odwdzięczyła się tym samym.
- Dość już - opanowaliśmy się - Zróbmy te muffiny i będzie spokój - pociągnąłem ją za rękę w stronę blatu. Tam przygotowaliśmy ciasto, oczywiście nie obyło się bez wygłupów.
*
Ciasto wstawione, teraz czas na odpoczynek po tej jakże ciężkiej pracy. Z kubkiem kakao udaliśmy się do salonu. Justin usiadł, a ja zarzuciłam mu nogi na kolana.
- Nie za wygodnie? - spytał.
- Nie, w sam raz - zachichotałam.
- A jak tam rodzina? Kontaktowałaś się? - spytał nagle.
- Nie, już nawet na to nie czekam - posmutniałam - A jak ojciec?
- Dał nam spokój. Niedługo odbędzie się rozprawa - spuścił wzrok.
- Wiem, że to dla Ciebie ciężkie - wstałam siadając bliżej szatyna - Jestem tu też dla Ciebie, chcę Ci pomóc - uśmiechnęłam się słodko. Delikatnie przejechała palcem po jego policzku.
- Ja wiem, cieszę się. Jesteś pierwszą osobą z którą tak dobrze mi się rozmawia, byliśmy sobie chyba przeznaczeni - uśmiechnął się zawadiacko - Jako przyjaciele oczywiście - szybko dodał.
- Tak, wiem - tworzyłam kółka na jego policzku chichotając.
- Rosalie, czy my o czymś nie zapomnieliśmy? - spytał wyraźnie się nad czymś głowiąc.
- Justin.. muffiny! - szybko wstałam biegnąc w stronę piekarnika. Zastałam je całe czarne i spalone. Głośno westchnęłam.
- Ou, ale przynajmniej była zabawa - zaśmiał się.
- Uh - burknęłam.
- Spokojnie - poklepał mnie po plecach - Następnym razem wyjdą. W tym samym momencie usłyszałam dźwięk mojego telefonu. Wzięłam do ręki i nacisnęłam zieloną słuchawkę.
- Tak? - powiedziałam rozkojarzona.
- Rosalie.. - usłyszałam zachrypnięty głos matki -Dylan jest w szpitalu - wybuchnęła głośnym płaczem. A ja? Stałam wmurowana nie wiedząc co powiedzieć, momentalnie na policzkach pojawiły się łzy.
- Co się stało? - powiedziałam cicho.
- Wracał z podwórka, potrącił go samochód - szloch utrudniał zrozumienie słów.
- Przylecę jak najszybciej - rozłączyłam się. Całej tej sytuacji przyglądał się Justin. Zakryłam twarz dłońmi.
- Co się stało? - chwycił mnie za ramię.
- Mój braciszek miał wypadek, jest w szpitalu - jęknęłam - Ja muszę tam pojechać, muszę - ten objął mnie przy czym ja wtuliłam się w jego rozgrzane ciało.
- Jestem z Tobą Rose - potrząsnął mną - Lecę z Tobą - powiedział zdecydowanie, przez co ja popatrzyłam na niego niepewnie.
- Nie możesz teraz tak wszystkiego zostawić, nie możesz - powiedziałam spuszczając głowę.
- Mogę, zrobię to dla Ciebie.
*
Kupiłem bilety na nocny lot. Samolot właśnie startuje. Zaniepokojona Rosalie cały czas czerwona od płaczu wtulona jest we mnie. Kolejny problem, któremu musi sprostać. Wszystko jest takie niesprawiedliwe, że to właśnie ona musi tyle przeżyć, kiedy będzie w końcu szczęśliwa? Wie tylko ten mieszkający na samej górze. Rozbudził nas dźwięk telefonu blondynki. Szybko przyłożyła go do ucha. Po kilku chwilach znów zaczął się ten przeraźliwy szloch, który był nie do zniesienia.
- Co jest? - powiedziałem chwytając ją za dłoń.
- Powiedziała, że.. - pociągnęła nos chowając twarz w dłonie.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
ciąg dalszy nastąpi :>
mam nadzieję, że się spodoba
bo mi tak nie bardzo ;|
Tagi:
V
Śmiech Dylana, goniącego mnie po lesie, błysk w jego oczach, a w moich sam ból. Ta bezsilność, gdy bardzo chcesz się do kogoś przytulić, ale nie możesz, bo otacza Cię niewidzialna tarcza, uniemożliwiająca każdy ruch.
- Wszystko jest okej, nie wracaj, nie potrzebujemy Cię tutaj - mówił niewinny głos.
- Dylan, jak możesz tak mówić? - w oczach stanęły mi łzy.
- Mogę, mamusia tak mówiła. Daj nam spokój - mówił coraz ciszej słodko się uśmiechając.
- Mama żartowała, wcale tak nie myśli. Chodź tu do mnie - wyciągnęłam ręce ku niemu.
- Nie, nie chcę! Świetnie sobie radzimy bez Ciebie! - wykrzyczał, po czym zniknął za drzewami. Upadłam, chowając twarz w dłoniach. Pustkę w głowie oraz ciszę wokoło mnie przerwał czyiś szept mówiący: ''Ja w Ciebie wierzę, teraz i zawsze''. Zwróciłam wzrok w stronę osoby. Był nią chłopak, dosyć wysoki, brązowooki szatyn przyglądający mi się uważnie. Kogoś strasznie przypomniał, lecz w tym momencie nie zwracałam na to uwagi. Chłopak podał mi rękę, którą momentalnie uścisnęłam wstając. Głęboko spojrzałam w jego tęczówki tym samym tonąc. Nasze twarze dzieliły milimetry, byliśmy na tyle blisko, by spokojnie połączyć nasze wargi w całość. Powoli zamykałam powieki, by rozkoszować się nadchodzącym pocałunkiem...
Dźwięk telefonu przerwał upojny sen. Zerwałam się na równe nogi trzymając już telefon w prawej dłoni. Nacisnęłam zieloną słuchawkę przykładając komórkę do ucha.
- Słucham? - powiedziałam zaspana.
- Cześć Rosalie - usłyszałam niepewny, chłopięcy głos - Przeszkadzam?
- Nie, a kto mówi?
- Ekhm, Justin.
- Ah Justin, przepraszam, nie poznałam - chwyciłam się za głowę - Nie, nie przeszkadzasz.
- Bo tak pomyślałem, czy czasem nie potrzebujesz dziś towarzystwa - w jego głosie słychać było zakłopotanie.
- Bardzo chętnie nadużyję Twojego, możesz wpaść jeśli masz ochotę. Na razie - rozłączyłam się. Podreptałam do łazienki gdzie wykonałam wszystkie poranne czynności. Po tym ubrałam się w wcześniej wybrany strój. Lekki makijaż, włosy związane w wysoką kitkę dające efekt artystycznego nieładu na głowie. Wychodząc z pokoju uderzyła mnie dziwna fala ciepła i zapach, przypominający dom, woń gotującego się obiadu. Prędko zbiegłam po schodach, by przywitać się z Dylanem i tatą siedzącym w jadalnii. Jedno wielkie złudzenie.. Nikt nie siedział w kuchnii i nie delektował się pysznym śniadaniem.Kuchnia była pusta, nikt nie gotował obiadu. Usiadłam na schodach chowając twarz w dłoniach. Tak bardzo brakowało mi śmiechu Dylana, głosu taty.Ile bym dała za przytulenie brata, czy taty. Pustka w głowie, pusta w sercu, pustka wszędzie. Ciszę przerwał dzwonek do drzwi. Gwałtownie wstałam ocierając mokre policzki. Pociągnęłam drewniane drzwi w swoją stronę tym samym widząc gościa. Był to Justin, rozpromieniony i wesoły szatyn.
- Cześć - uśmiechnął się.
- Witaj - uśmiech wkradł mi się na twarz, tym samym gestem zaprosiłam chłopaka do środka. Wygodnie oparłam się o blat kuchenny.
- Jak się czujesz? Płakałaś? - spytał.
- Bez zmian. Nie, nie płakałam - skłamałam spuszczając wzrok na płytki.
- Widzę - zapach był coraz intensywniejszy, bo szatyn stało bardzo blisko. Poczułam ciepłą dłoń, która obejmuję mój podbródek, tym samym unosząc głowę. Nasze oczy się spotkały.
- Okej, ale to nieważne - wyrwałam mu się.
- Wszystko jest ważne, powiedz dlaczego - nakazał.
- Miałam dziwne wrażenie, że cała moja rodzina jest tu ze mną, czułam zapach domu, wszystko było takie realne - pojedyncza łza chciała się wydostać, lecz ja byłam szybsza, wytarłam ją, nim chłopak zauważył. Patrzył na mnie z przejęciem, analizował każde moje słowo.
- To jest możliwe, po prostu za dużo czasu spędzasz sama - drętwo się uśmiechnął.
- Nie potrafię tego zmienić..
- Potrafisz, jestem przy Tobie, słyszysz? Nie jesteś już sama, możesz na mnie polegać, zawsze i wszędzie - powiedział na jednym wdechu, a mnie zrobiło się jakby cieplej na sercu. Te słowa.. to wszystko co mówił było takie miłe, przez co czułam się silniejsza.
- Dziękuję, tylko nie mogę przez cały czas siedzieć Ci na głowie, nie mogę pozwolić, żebyś aż nadto wszystko przejmował się mną, rozumiesz mnie?
- Rozumiem, tylko Ty nie siedzisz mi na głowie, ja chcę Ci pomóc. Mam taką potrzebę, nic na to nie poradzę - uśmiechnął się szeroko.
- Przytul mnie, proszę - powiedziałam bardzo cicho. Szatyn przez chwilę myślał, po czym gwałtowie objął mnie ramionami, dając przyjemnie uczucie bezpieczeństwa. Mocno wtuliłam się w jego tors. Rozpłakałam się jak małe dziecko.
- Już dobrze - kołysaliśmy się delikatnie.
- Wiem, dziękuję - powoli oderwałam się od niego - Koniec smutków, koniec z przeszłością - powiedziałam przecierając oczy. Po chwili doszły do mnie moje słowa, przez co byłam jeszcze bardziej zaskoczona.
- Jesteś pewna? Chcesz to zrobić tak z dnia na dzień? - zdziwił się.
- Tak, od teraz - uśmiechnęłam się szczerze.
- Chodź - pociągnął mnie za ramię w stronę wyjścia. Po kilku minutach znajdowaliśmy się w centrum miasta. Nie wiem jakim cudem, ale wciąż się śmiałam, byłam uśmiechnięta, radosna.
Coś się zmieniło. To nie była już ta sama dziewczyna, ta smutna, z czerwonymi od płaczu oczami, ta, która nigdy się nie uśmiechała. Ta była znacznie lepsza, wesoła, ukazująca swój piękny uśmiech.
- Oh, Justin, ubrudziłeś się - zachichotała.
- Gdzie? - wziąłem do ręki chusteczkę.
- O tutaj - przyłożyła loda do mojej twarzy, zostawiając ślad na nosie. Zaśmiała się, tym samym popędziła na przód, bym czasem się nie odwdzięczył. Wytarłem brudne miejsce i szybko popędziłem za dziewczyną. Nigdzie jej nie było. Oglądałem się za siebie, przed siebie i po bokach.
- Rose! - zawołałem.
- Jak miło - wyszła zza drzewa, miała inny wyraz twarzy, szczęśliwy.
- Hm? - odparłem nie wiedząc o co chodzi.
- Rose, pierwszy raz ktoś do mnie tak powiedział - uśmiechnęła się. Udaliśmy się do parku, w którym spotkaliśmy moich kolegów - Ryan i Nathan. Rosalie usiadła na ławce trochę dalej, a ja podszedłem do nich.
- Ej stary, co Ty z nią robisz? - zaśmiał się Ryan.
- Um, spotykam się z nią - podrapałem się po głowie.
- Haha, żartujesz? - wyśmiał mnie Nathan.
- Nie, ona jest naprawdę fajna - postawiłem się.
- Ale dziwna. Przystopuj, ludzie będą gadać - pouczyli mnie.
- Nie obchodzi mnie czy będą gadać, czy nie. Lubię ją, a jak wam coś nie pasuje, to nie musicie się ze mną spotykać - skończyłem. Obróciłem się na pięcie i udałem się w stronę blondynki. Słyszałem jeszcze, jak kumple rozmawiali o czymś, choć nie za bardzo mnie to interesowało.
- Coś nie tak? - powiedziała patrząc przed siebie.
- Nie, wszystko okej - usadowiłem się obok niej.
- I tak wiem, że oni uważają inaczej. Nie powinieneś się ze mną spotykać, bo przecież ja jestem nikim - szybko wstała - Do zobaczenia Justin - powoli oddalała się.
- Ale mnie nie interesuje ich opinia! - krzyknąłem. Ta przystanęła na moje słowa. Delikatnie się obróciła, tak, by mogła spojrzeć w moje oczy. Miała łzy w oczach, widziałem to, pomimo dzielącej nas odległości. Stała tak przez dłuższą chwilę, po czym wybiegła z parku. Nie było sensu za nią biec, była za daleko. Obróciłem głowę w stronę chłopaków, którzy przyglądali się całej sytuacji.
- Jesteście z siebie zadowoleni? Zachowujecie się jak zmanierowani gówniarze, to jest normalna nastolatka, zupełnie jak my - wskazałem na miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stała.
- Nie Justin, jesteśmy lepsi, wyróżniamy się - poprawił mnie Ryan - Masz Alexis, dobrze wiesz, że ona jest w Tobie zakochana, dlaczego tego nie wykorzystasz?
- Nic do niej nie czuję.
- A do tego dziwadła niby tak? - ułożył ręce na klatce piersiowej, zupełnie jak dziewczyna.
- To przyjaciółka, która przynajmniej mnie rozumie - powiedziałem krótko - Zastanówcie się nad sobą - obróciłem się udając w stronę mojego domu.
Usiadłam na schodach prowadzących do drzwi mojego domu. Nie powinnam wtedy się do niego odezwać, nie powinniśmy się poznać. To jest członek elitarnej, szkolnej grupki, a ja? Dziwadło bez przyjaciół. Opinia o mnie nigdy się nie zmieni, to pewne.
Rosalie. to imię gościło w moich myślach od dnia poznania. Nie wiem co ta dziewczyna ma w sobie, ale przyciąga do siebie z niewyobrażalną siłą. Wziąłem do ręki telefon i wybrałem jej numer. Jeden sygnał, drugi, trzeci. Nie odbierała. Spróbowałem drugi raz. Tym razem całkowicie mnie odrzuciła. Ubrałem buty udając się do Rose. Wszedłem na jej posesję, zauważyłem ją na schodach. Intensywnie nad czymś myślała, wcale nie zauważyła mojej obecności. Głośno odchrząknąłem tym samym zwracając jej uwagę.
- Co Ty tu robisz? - spytała zaskoczona.
- Przepraszam za nich, ja tak nie uważam, bardzo Cię lubię i jak wiesz, chcę Ci pomóc. Nie interesuje mnie to, co pomyślą inni - powiedziałem szybko. Ta spuściła wzrok, zapewne analizowała zdanie, które wypowiedziałem.
- Jesteś pewny? - nieśmiało podniosła wzrok.
- Oczywiście, że jestem - usiadłem koło niej - Jesteś tak naprawdę pierwszą osobą, której chcę pomóc, która zna moją historię i którą tak lubię - uśmiechnąłem się - Traktuję Cię jak przyjaciółkę, choć znamy się zaledwie kilka dni.
- Dobry z Ciebie przyjaciel - wyciągnęła ku mnie dłoń, którą szybko uścisnąłem a za razem przyciągnąłem ją całą do siebie mocno tuląc. Na początku drżała, lecz potem uspokoiła się. Naprawdę ją lubię i nie chcę jej stracić przez byle znajomych ze szkoły, którzy uważają się za lepszych.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
4, 4, 4, 4!
love ya.
- Wszystko jest okej, nie wracaj, nie potrzebujemy Cię tutaj - mówił niewinny głos.
- Dylan, jak możesz tak mówić? - w oczach stanęły mi łzy.
- Mogę, mamusia tak mówiła. Daj nam spokój - mówił coraz ciszej słodko się uśmiechając.
- Mama żartowała, wcale tak nie myśli. Chodź tu do mnie - wyciągnęłam ręce ku niemu.
- Nie, nie chcę! Świetnie sobie radzimy bez Ciebie! - wykrzyczał, po czym zniknął za drzewami. Upadłam, chowając twarz w dłoniach. Pustkę w głowie oraz ciszę wokoło mnie przerwał czyiś szept mówiący: ''Ja w Ciebie wierzę, teraz i zawsze''. Zwróciłam wzrok w stronę osoby. Był nią chłopak, dosyć wysoki, brązowooki szatyn przyglądający mi się uważnie. Kogoś strasznie przypomniał, lecz w tym momencie nie zwracałam na to uwagi. Chłopak podał mi rękę, którą momentalnie uścisnęłam wstając. Głęboko spojrzałam w jego tęczówki tym samym tonąc. Nasze twarze dzieliły milimetry, byliśmy na tyle blisko, by spokojnie połączyć nasze wargi w całość. Powoli zamykałam powieki, by rozkoszować się nadchodzącym pocałunkiem...
Dźwięk telefonu przerwał upojny sen. Zerwałam się na równe nogi trzymając już telefon w prawej dłoni. Nacisnęłam zieloną słuchawkę przykładając komórkę do ucha.
- Słucham? - powiedziałam zaspana.
- Cześć Rosalie - usłyszałam niepewny, chłopięcy głos - Przeszkadzam?
- Nie, a kto mówi?
- Ekhm, Justin.
- Ah Justin, przepraszam, nie poznałam - chwyciłam się za głowę - Nie, nie przeszkadzasz.
- Bo tak pomyślałem, czy czasem nie potrzebujesz dziś towarzystwa - w jego głosie słychać było zakłopotanie.
- Bardzo chętnie nadużyję Twojego, możesz wpaść jeśli masz ochotę. Na razie - rozłączyłam się. Podreptałam do łazienki gdzie wykonałam wszystkie poranne czynności. Po tym ubrałam się w wcześniej wybrany strój. Lekki makijaż, włosy związane w wysoką kitkę dające efekt artystycznego nieładu na głowie. Wychodząc z pokoju uderzyła mnie dziwna fala ciepła i zapach, przypominający dom, woń gotującego się obiadu. Prędko zbiegłam po schodach, by przywitać się z Dylanem i tatą siedzącym w jadalnii. Jedno wielkie złudzenie.. Nikt nie siedział w kuchnii i nie delektował się pysznym śniadaniem.Kuchnia była pusta, nikt nie gotował obiadu. Usiadłam na schodach chowając twarz w dłoniach. Tak bardzo brakowało mi śmiechu Dylana, głosu taty.Ile bym dała za przytulenie brata, czy taty. Pustka w głowie, pusta w sercu, pustka wszędzie. Ciszę przerwał dzwonek do drzwi. Gwałtownie wstałam ocierając mokre policzki. Pociągnęłam drewniane drzwi w swoją stronę tym samym widząc gościa. Był to Justin, rozpromieniony i wesoły szatyn.
- Cześć - uśmiechnął się.
- Witaj - uśmiech wkradł mi się na twarz, tym samym gestem zaprosiłam chłopaka do środka. Wygodnie oparłam się o blat kuchenny.
- Jak się czujesz? Płakałaś? - spytał.
- Bez zmian. Nie, nie płakałam - skłamałam spuszczając wzrok na płytki.
- Widzę - zapach był coraz intensywniejszy, bo szatyn stało bardzo blisko. Poczułam ciepłą dłoń, która obejmuję mój podbródek, tym samym unosząc głowę. Nasze oczy się spotkały.
- Okej, ale to nieważne - wyrwałam mu się.
- Wszystko jest ważne, powiedz dlaczego - nakazał.
- Miałam dziwne wrażenie, że cała moja rodzina jest tu ze mną, czułam zapach domu, wszystko było takie realne - pojedyncza łza chciała się wydostać, lecz ja byłam szybsza, wytarłam ją, nim chłopak zauważył. Patrzył na mnie z przejęciem, analizował każde moje słowo.
- To jest możliwe, po prostu za dużo czasu spędzasz sama - drętwo się uśmiechnął.
- Nie potrafię tego zmienić..
- Potrafisz, jestem przy Tobie, słyszysz? Nie jesteś już sama, możesz na mnie polegać, zawsze i wszędzie - powiedział na jednym wdechu, a mnie zrobiło się jakby cieplej na sercu. Te słowa.. to wszystko co mówił było takie miłe, przez co czułam się silniejsza.
- Dziękuję, tylko nie mogę przez cały czas siedzieć Ci na głowie, nie mogę pozwolić, żebyś aż nadto wszystko przejmował się mną, rozumiesz mnie?
- Rozumiem, tylko Ty nie siedzisz mi na głowie, ja chcę Ci pomóc. Mam taką potrzebę, nic na to nie poradzę - uśmiechnął się szeroko.
- Przytul mnie, proszę - powiedziałam bardzo cicho. Szatyn przez chwilę myślał, po czym gwałtowie objął mnie ramionami, dając przyjemnie uczucie bezpieczeństwa. Mocno wtuliłam się w jego tors. Rozpłakałam się jak małe dziecko.
- Już dobrze - kołysaliśmy się delikatnie.
- Wiem, dziękuję - powoli oderwałam się od niego - Koniec smutków, koniec z przeszłością - powiedziałam przecierając oczy. Po chwili doszły do mnie moje słowa, przez co byłam jeszcze bardziej zaskoczona.
- Jesteś pewna? Chcesz to zrobić tak z dnia na dzień? - zdziwił się.
- Tak, od teraz - uśmiechnęłam się szczerze.
- Chodź - pociągnął mnie za ramię w stronę wyjścia. Po kilku minutach znajdowaliśmy się w centrum miasta. Nie wiem jakim cudem, ale wciąż się śmiałam, byłam uśmiechnięta, radosna.
*
Coś się zmieniło. To nie była już ta sama dziewczyna, ta smutna, z czerwonymi od płaczu oczami, ta, która nigdy się nie uśmiechała. Ta była znacznie lepsza, wesoła, ukazująca swój piękny uśmiech.
- Oh, Justin, ubrudziłeś się - zachichotała.
- Gdzie? - wziąłem do ręki chusteczkę.
- O tutaj - przyłożyła loda do mojej twarzy, zostawiając ślad na nosie. Zaśmiała się, tym samym popędziła na przód, bym czasem się nie odwdzięczył. Wytarłem brudne miejsce i szybko popędziłem za dziewczyną. Nigdzie jej nie było. Oglądałem się za siebie, przed siebie i po bokach.
- Rose! - zawołałem.
- Jak miło - wyszła zza drzewa, miała inny wyraz twarzy, szczęśliwy.
- Hm? - odparłem nie wiedząc o co chodzi.
- Rose, pierwszy raz ktoś do mnie tak powiedział - uśmiechnęła się. Udaliśmy się do parku, w którym spotkaliśmy moich kolegów - Ryan i Nathan. Rosalie usiadła na ławce trochę dalej, a ja podszedłem do nich.
- Ej stary, co Ty z nią robisz? - zaśmiał się Ryan.
- Um, spotykam się z nią - podrapałem się po głowie.
- Haha, żartujesz? - wyśmiał mnie Nathan.
- Nie, ona jest naprawdę fajna - postawiłem się.
- Ale dziwna. Przystopuj, ludzie będą gadać - pouczyli mnie.
- Nie obchodzi mnie czy będą gadać, czy nie. Lubię ją, a jak wam coś nie pasuje, to nie musicie się ze mną spotykać - skończyłem. Obróciłem się na pięcie i udałem się w stronę blondynki. Słyszałem jeszcze, jak kumple rozmawiali o czymś, choć nie za bardzo mnie to interesowało.
- Coś nie tak? - powiedziała patrząc przed siebie.
- Nie, wszystko okej - usadowiłem się obok niej.
- I tak wiem, że oni uważają inaczej. Nie powinieneś się ze mną spotykać, bo przecież ja jestem nikim - szybko wstała - Do zobaczenia Justin - powoli oddalała się.
- Ale mnie nie interesuje ich opinia! - krzyknąłem. Ta przystanęła na moje słowa. Delikatnie się obróciła, tak, by mogła spojrzeć w moje oczy. Miała łzy w oczach, widziałem to, pomimo dzielącej nas odległości. Stała tak przez dłuższą chwilę, po czym wybiegła z parku. Nie było sensu za nią biec, była za daleko. Obróciłem głowę w stronę chłopaków, którzy przyglądali się całej sytuacji.
- Jesteście z siebie zadowoleni? Zachowujecie się jak zmanierowani gówniarze, to jest normalna nastolatka, zupełnie jak my - wskazałem na miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stała.
- Nie Justin, jesteśmy lepsi, wyróżniamy się - poprawił mnie Ryan - Masz Alexis, dobrze wiesz, że ona jest w Tobie zakochana, dlaczego tego nie wykorzystasz?
- Nic do niej nie czuję.
- A do tego dziwadła niby tak? - ułożył ręce na klatce piersiowej, zupełnie jak dziewczyna.
- To przyjaciółka, która przynajmniej mnie rozumie - powiedziałem krótko - Zastanówcie się nad sobą - obróciłem się udając w stronę mojego domu.
*
Usiadłam na schodach prowadzących do drzwi mojego domu. Nie powinnam wtedy się do niego odezwać, nie powinniśmy się poznać. To jest członek elitarnej, szkolnej grupki, a ja? Dziwadło bez przyjaciół. Opinia o mnie nigdy się nie zmieni, to pewne.
*
Rosalie. to imię gościło w moich myślach od dnia poznania. Nie wiem co ta dziewczyna ma w sobie, ale przyciąga do siebie z niewyobrażalną siłą. Wziąłem do ręki telefon i wybrałem jej numer. Jeden sygnał, drugi, trzeci. Nie odbierała. Spróbowałem drugi raz. Tym razem całkowicie mnie odrzuciła. Ubrałem buty udając się do Rose. Wszedłem na jej posesję, zauważyłem ją na schodach. Intensywnie nad czymś myślała, wcale nie zauważyła mojej obecności. Głośno odchrząknąłem tym samym zwracając jej uwagę.
- Co Ty tu robisz? - spytała zaskoczona.
- Przepraszam za nich, ja tak nie uważam, bardzo Cię lubię i jak wiesz, chcę Ci pomóc. Nie interesuje mnie to, co pomyślą inni - powiedziałem szybko. Ta spuściła wzrok, zapewne analizowała zdanie, które wypowiedziałem.
- Jesteś pewny? - nieśmiało podniosła wzrok.
- Oczywiście, że jestem - usiadłem koło niej - Jesteś tak naprawdę pierwszą osobą, której chcę pomóc, która zna moją historię i którą tak lubię - uśmiechnąłem się - Traktuję Cię jak przyjaciółkę, choć znamy się zaledwie kilka dni.
- Dobry z Ciebie przyjaciel - wyciągnęła ku mnie dłoń, którą szybko uścisnąłem a za razem przyciągnąłem ją całą do siebie mocno tuląc. Na początku drżała, lecz potem uspokoiła się. Naprawdę ją lubię i nie chcę jej stracić przez byle znajomych ze szkoły, którzy uważają się za lepszych.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
4, 4, 4, 4!
love ya.
Tagi:
IV


